Subiektywnie o „W drodze na Hokkaido”

DSC_0034Przyszedł czas na zakładkę „KSIĄŻKI” w mojej blogowej przestrzeni. Czemu dopiero teraz, widać po ilości wpisów filmowych :) Tak już mam, że w wolnej chwili prędzej obejrzę kolejny film z przepastnej historii kina, niż zanurzę się w lekturze, choć książek w kolejce mam oczywiście całe mnóstwo.

Skończyłam właśnie czytać książkę Willa Fergusona „W drodze na Hokkaido”. Miałam na nią chrapkę od długiego czasu, ale dopiero niedawno udało mi się ją kupić i… niestety trochę się zawiodłam.

Sam pomysł podróżowania autostopem z południa na północ Japonii wraz z postępującym Sakura Zensen (Frontem Kwitnienia Wiśni) porwał mnie z miejsca i entuzjastycznie nastawiłam się na czytanie relacji z wielkiej przygody! Entuzjazmu natomiast jakby brakowało autorowi, który, mimo iż przygody różne miewał, zrobił na mnie wrażenie rozgoryczonego, zgryźliwego i nie do końca zadowolonego ze swojej wyprawy – jakby sam nie do końca był przekonany, że chce ją odbyć. Szczególnie przeszkadzało mi częste zniecierpliwienie autora w kontaktach z Japończykami, które momentami w mojej opinii przeradzało się w niestosowne i wręcz chamskie zachowanie.
„- Niech pan coś powie po angielsku! Gaijin-san, gaijin-san, niech pan coś powie po angielsku!
– Nigdy świadomie nie spożywałem kału.
I tym akcentem pożegnałem się z Kiusiu.”
(str. 102)*
albo
„Było to bardzo zabawne i z radością myślę o tym, że choć w niewielkim stopniu udało mi się przyczynić do eskalacji napięcia międzynarodowego, z czego jestem niezmiernie dumny.” (str. 458)* – Tu autor udawał Rosjanina i otwarcie mówił, że przyjechał do miasta kraść rowery… Coś takiego dla mnie nie mieści się w granicach dobrego smaku, a już na pewno nie w granicach humoru, który to miał być zaletą książki (wg słów zachęty na okładce). Prawie w ogóle go nie było, a jeśli już, to na poziomie dość żenującym. Zdarzały się autorowi nieliczne przebłyski refleksji, ale nie były dla mnie zbyt wiarygodnie.

Ferguson zdaje się być obserwatorem bardzo powierzchownym i obraz Japończyków, jaki wyłania się z jego opowieści jest jednowymiarowy i niepochlebny – gdyby to była jedyna książka o Japonii i Japończykach, jaką przeczytałabym w życiu, moje wyobrażenia o tym kraju i jego mieszkańcach byłyby fatalne – szkoda!

Sporo poświęca miejsca na komentarze odnośnie traktowania gaijinów w Japonii – jest to jego niewątpliwa bolączka. „W Japonii przejście od roli turysty i poprzez status wygnańca próba znalezienia dla siebie miejsca w tutejszym społeczeństwie kończy się zawsze na pozostaniu przy statusie wygnańca. Nie istnieje możliwość wejścia do wewnątrz.” (str. 141)*

To, że gaijin nigdy nie zostanie Japończykiem, to chyba jedna z najczęściej powtarzanych prawd w kontekście Japonii. Z książki nie wynika dosłownie, dlaczego Ferguson w ogóle zamieszkał w Japonii, ale raczej nie ma podstaw, by sądzić, że Japonią był kiedykolwiek zafascynowany i by było to spełnienie jego marzeń. Raczej to dzieło przypadku, tym bardziej niezrozumiałe jest, dlaczego, mimo rosnącego niezadowolenia i frustracji, która jest widoczna na wielu kartach tej książki, kontynuował życie w Japonii.

Muszę jednak pamiętać, że ta pozycja to zwyczajne zapiski z podróży, może nawet coś à la pamiętnik i autor ma pełne prawo pisać, jak chce i co chce, ale kto i dlaczego to wydał, to już inna sprawa. No właśnie, dlaczego? Pewnie dlatego, że temat jest chwytliwy – sama się na to złapałam, a poza tym, książka ma, oprócz sporej ilości wad, także pewne zalety…

Przede wszystkim poszerza podróżnicze horyzonty. Początkowo byłam rozczarowana, że autor omija w swojej podróży główne szlaki i metropolie, ale to uczucie szybko przerodziło się w zaciekawienie, a potem nawet wdzięczność, bo książka jest świetną zachętą do odwiedzenia miejsc, o których słyszy się rzadziej lub nawet wcale.

Ja osobiście zostałam zachęcona do wycieczki na wyspę Shikoku, którą dotąd raczej w swoich planach pomijałam – Droga Osiemdziesięciu Ośmiu Świątyń wokół wyspy brzmi intrygująco, ciekawa też wydaje się wyspa Shōdo na Wewnętrznym Morzu Japońskim. Zainteresowała mnie wyspa Sado i jej Złota Góra (Kinzan), z której przez prawie 400 lat wydobywano złoto (aż do 1990 roku!). Zamarzyłam, by odwiedzić miasto Hirosaki – północny bastion tradycyjnej Japonii.

Wartości poznawcze książki to także przystępnie przemycane informacje o kulturze, historii, religii, kuchni, japońskim społeczeństwie. Jest też trochę ciekawostek – nie wiedziałam na przykład, że gatunek wiśni Somei Yoshino nie jest naturalny, lecz jest krzyżówką, która powstała w celu uzyskania jak największej liczby kwiatów na jednym drzewie :)

Na pierwszym planie książki są jednak kolejne przystanki na trasie i spotkania z ludźmi. Z żalem stwierdzam, że bardzo niewiele tych spotkań zapadło mi w pamięć i moim zdaniem nie wszystkie musiały zostać opisane. Rozumiem, że autor chciał opisać swą podróż krok po kroku, ale przez to spora część tej ponad 500-set stronicowej książki jest po prostu nudna.

Zdarzają się jednak takie perełki, jak np. historia opowiadana przez spotkanego na trasie Shushō:
„- Jaskinia zaczyna się jako małe wgłębienie w skale. Mój ojciec był przekonany, że w głębi góry leży większa grota. Przez wiele lat kopał i rył, chcąc ją znaleźć. Skała przypominała pająka, były w niej pęcherzyki i luki, a im głębiej ojciec się wdzierał, tym bardziej był pewien, że gdzieś tam jest większa pieczara. Wspaniała jaskinia głęboko w tej górze. Wierzył, że któregoś dnia ją znajdzie. – Shuhō uśmiechnął się z zadowoleniem.
– I co, znalazł ją?
– Nie, nigdy do niej nie dotarł. Ale wciąż drążył skałę. I w końcu sam stworzył jaskinię. Tę jaskinię.”
 (str. 226)*

Podsumowując swoje odczucia odwołam się do motta, jakie widnieje początku książki: „Na świecie są tylko dwa rodzaje ludzi – jedni zostają w domu, a inni tego nie robią. Ci drudzy są ciekawsi. (spostrzeżenie Rudyarda Kiplinga podczas podróży po Japonii)”*. Inspirujące i trudno mi się z nim nie zgodzić. Odniosłam jednak wrażenie, że autor wyszedł z przysłowiowego domu tylko fizycznie, nie opuścił natomiast granic swojej głowy, pełnej już narosłych, skostniałych uprzedzeń i przekonań po spędzonych w Japonii kilku latach. A przecież większa jest frajda z podróży, kiedy zachowamy otwarty umysł. Szkoda, że nie wybrał się w nią wcześniej, może by się (i czytelników) zachwycił.

* Wszystkie cytaty za: Will Ferguson, W drodze na Hokkaido, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2011, 2012
Reklamy
Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Blog o Azji Wschodniej... i nie tylko

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan Blog - Tokyo Osaka Nagoya Kyoto

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: