Kōyasan #1 – spokój ducha w buddyjskiej świątyni Ekōin

Koyasan - EkoinKōyasan (高野山) to zespół górski w prefekturze Wakayama, na południe od Ōsaki. Dlaczego jest wyjątkowy? Bo tam, na wysokości dwóch tysięcy ośmiuset metrów n.p.m., w otoczeniu starych cedrowych lasów znajduje się ponad 100 świątyń, które tworzą główny ośrodek buddyjskiej sekty Shingon. Pierwszą z nich – Konkgōbuji – założył w 816 r. mnich Kūkai, zwany pośmiertnie Kōbō Daishi (Wielki Mistrz) – duchowy przywódca, uczony i człowiek renesansu – ważna postać japońskiej kultury.

Był czas, że na Kōyasan było około półtora tysiąca świątyń, jednak do dziś to niezwykle ważne miejsce pielgrzymek. Rocznie do tego siedmiotysięcznego miasteczka przybywa ponad milion osób. Śmiem twierdzić, że jesienią jest tam piękniej niż kiedykolwiek.
KoyasanZapragnęłam pojechać na Kōyasan zainspirowana lekturą „Sushi i cała reszta” Michaela Bootha (o książce pisałam tutaj). Marzyłam o shōjin ryōri (精進料理) – wielodaniowej wegetariańskiej uczcie przygotowywanej przez buddyjskich mnichów. Na miejscu szybko jednak okazało się, że jedzenie było jedynie kroplą w morzu duchowej uczty, jaka na mnie czekała, ale po kolei…

Jak spać w Kōyasan to tylko w jednej ze świątyń (shukubō), bo właśnie tam zjemy najlepsze shōjin ryōri. Mój wybór padł na świątynię Ekōin ze względu na: lokalizację (choć na miejscu okazało się, że każda byłaby dobra, bo miasto jest malutkie), cenę (choć i tak tanio nie było) i wskazanie w przewodniku Lonely Planet, że nie jest tu pobierana dodatkowa opłata w przypadku podróżujących solo :) Według tegoż przewodnika (wydanie 13. z 2013 roku) rezerwacji należy dokonywać przez Kōyasan Tourist Association, co da się zrobić całkiem sprawnie, jednak już po fakcie przypadkiem trafiłam na tę świątynię na… booking.com :)

Jadąc na miejsce zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po „noclegu w świątyni”, byłam pełna obaw, zwłaszcza że poprzednią noc spędziłam w dość spartańskich warunkach (o tym może kiedyś) i umęczona marzyłam o choćby namiastce komfortu! Kiedy stanęłam przed bramą mojej świątyni już wiedziałam, że będzie dobrze :)
KoyasanKoyasan - EkoinW przedsionku zostawiłam buty, młody mnich zabrał moją walizkę, a starszy, zanim dotarliśmy do mojego pokoju, oprowadził mnie po całym przybytku i już wtedy szczęka opadała mi coraz niżej z zachwytu.
Koyasan - EkoinKoyasan - EkoinKiedy dotarliśmy na miejsce oniemiałam. Trafiłam do swojego osobistego raju!

Koyasan- EkoinNa tej werandzie mogłabym spędzić tygodnie. Patrzeć jak mija jesień i sącząc zieloną herbatę, zastygnąć w długiej refleksji.

Koyasan- EkoinKoyasan- Ekoin Koyasan- EkoinNa Kōyasan miałam spędzić tylko 24 godziny, ale to miejsce tak niezwykłe, że ten czas wystarczył na regenerację mojego umysłu i ciała w stopniu dziś dla mnie nawet nie do uwierzenia. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu oderwałam się całkowicie od wszystkich trosk, stresów, zmęczenia i po prostu byłam, gdzieś na końcu świata, w małym Kōyasan. Nawet serce się zrosło :)

Wyczekana uczta „wjechała” do mojego pokoju na rękach mnichów punktualnie o 17:30.
Koyasan - shojin ryoriCzego tam nie było…? [Mięsa :)] Oprócz klasycznego ryżu, całe mnóstwo pyszności. Typowe dla Kōyasan Kōya-dōfu (suszone na mrozie tofu) konnyaku na przepysznym liściu aojiso, pikle różnej maści, warzywa w tempurze (słodki ziemniak, dynia, bakłażan)… Pierwszy raz zjadłam też nori w tempurze – niebo w gębie! Do tego duszone: marchew, kapusta, grzybek i młoda soja, makaron soba i owoc kaki. Był też warzywny wywar i oczywiście zielona herbata. Jadłam oczami, a kubki smakowe delektowały się prostotą i różnorodnością smaków.

Koyasan - shojin ryoriDSCN2793DSCN2796DSCN2783Koyasan - shojin ryoriKoyasan - shojin ryoriWymiotłam naturalnie wszystko :) Zgłodniałam po intensywnym spacerze po miasteczku, dniu pełnym wrażeń i górskiego powietrza w płucach. O tym, co zobaczyłam i czego jeszcze doświadczyłam w Kōyasan już niebawem w kolejnych wpisach :)

Reklamy

Gadżety Studia Ghibli w Kyoto, Totoro bento box i bento nr 71

Kolejną bentową dziesiątkę otwiera spektakularnie nowe pudełko! :) Oczywiście nie mogłam się oprzeć i z Japonii przyleciały ze mną aż trzy.. Na pierwszy ogień poszło Totorowe i już czuję, że będę z niego często korzystać. Kształt daje duże możliwości aranżacji przestrzeni, a pojemność 900 ml – gwarancję, że się najem :)

Tym razem w pudełku znalazły się: ryż, pieczony dorsz z matcha solą (sama się zdziwiłam, że coś takiego istnieje), brukselki, kaki i japońskie czekoladki Apollo アポ ロ.

japanesechochlyn - Totoro bento boxjapanesechochlyn - Totoro bento boxA teraz kilka słów o miejscu, w którym pudełko zostało kupione. Sklepik znajduje się przy głównym trakcie handlowym prowadzącym do świątyni Kiyomizudera w Kyoto i trafiłam na niego przypadkiem. Na szczęście, bo trzy lata temu, daję głowę, znajdował się w innym miejscu. Trzeba być czujnym i wypatrzeć wskazówkę, bo jest dość schowany:

japanesechochlyn - donguri no mori

Dopiero po przejściu kilku metrów wgłąb zabudowań widać właściwy szyld i wielkiego drewnianego Totoro:
japanesechochlyn - donguri no mori

Mimo, że w sklepie nie ma jakiegoś oszałamiającego wyboru, nie udało się uniknąć oczopląsu i trudnych decyzji :) Oparłam się Totoro skarbonce i kotobusowi, ale łatwo nie było…

japanesechochlyn - totoro skarbonkajapanesechochlyn - totoro kotobus

Oczywiście w sklepie były dostępne gadżety z innych filmów Studia Ghibli, najwięcej chyba z ostatniego „Kaze tachinu”, ale mój szał ogranicza się do Totoro :)

japanesechochlyn - studio ghibli shopKupiłam ostatecznie pudełko i breloczki: Totoro i kurzyka. Co do pudełka dodam jeszcze, że owszem podoba mi się, ale uważam, że potencjał na totorowe pudełka zupełnie nie jest wykorzystany – rodzajów jest mało i graficznie są trochę bez polotu, że nie wspomnę o tym, dlaczego nie ma pudełka w kształcie samego Totoro? To byłby istny szał! :)

Album spełnionych marzeń

Przygotowując się do kolejnej podróży nie sposób nie wracać do poprzedniej. Sporo pamiątek wrosło w moje codzienne otoczenie, ale po album ze zdjęciami sięgam rzadko, choć to chyba najcenniejszy namacalny zbiór wspomnień. Nie jestem fanką gromadzenia zdjęć w formie elektronicznej, bo raz, że nie ufam współczesnym nośnikom, a dwa – papier to papier, z duszą. Do tego przecież album ze zdjęciami z Japonii musiał być wyjątkowy. Wybór ujęć do druku był drogą przez mękę, szukanie odpowiedniego albumu ciągnęło się miesiącami, a samo klejenie… prawie potrułam domowników oparami kleju w sprayu :) Całość skończyłam jakieś półtora roku po podróży, ale było warto! :) Bo teraz można zasiadać do wspomnień:

Pierwszy dzień w Tokyo: pierwsza styczność z Yamanote Line i zakoch z miejsca – mogłabym nią jeździć non stop i słuchać jej dźwięków :) Mało kto mnie rozumie w tym względzie, ale Yamanote Line Sound Board ma na Facebooku 819 fanów, więc nie jestem całkiem sama :)
Tego dnia nie miałam konkretnego planu, pozwoliłam miastu się ponieść i dotarłam przypadkiem (!) do największego chramu w Tokyo – Meiji Jingu – zbudowanego dla uczczenia pamięci cesarza Meiji. Na zdjęciach oznaczenie Yamanote Line na peronie, pierwsze zobaczone przeze mnie ema, broszura o świątyni i mapa tokijskiego metra.
DSC06490

Znalazłam się też w parku Ueno, gdzie zobaczyłam upragnione sakury i hanami. Tylko kilka kwiatków mi się ostało, bo sporo było chętnych na taką pamiątkę z Japonii :)

DSC06492

Na ulicy w Shibuya zaczepił mnie fotograf, robiący zdjęcia ludziom, którzy kochają Tokyo i znalazłam potem swoje, z serduszkowym balonikiem, na jego stronie kilka miesięcy później, co zrobiło mi dzień, ba, nawet tydzień! :)

DSC06493

W Kamakurze uwiodła mnie świątynia Hasedera, o której pisałam już tutaj

DSC06496

… i ślub w świątyni Tsurugaoka Hachiman-gū – niebywałe przeżycie z zaskoczenia!

DSC06499Wspominam najpyszniejsze matcha-ciastko świata… Serio, nic mi tak w życiu nie smakowało! Na myśl o tym, że znowu je zjem, dostaję ekstazy :D
DSC06500

Moje pierwsze omikuji (w miarę pozytywne, więc zabrałam ze sobą) w świątyni Sensō-ji w dzielnicy Asakusa (Tokyo).

DSC06502

Pierwsze dango…, bez pojęcia czego się w ogóle spodziewać :)

DSC06506

Pierwszy ramen… oj trudne były początki tej miłości :)

DSC06513

I Kyoto! Z chłopcem grającym na gitarze nad rzeką Kamo

DSC06505… z maiko na ulicach…

DSC06508

… świątynie zen Daitoku-ji… (tym razem zdążę do Kōtō-in przed zamknięciem, postanowione!)

DSC06512

… i najpiękniejszy plakat filmowy, jaki kiedykolwiek widziałam.

DSC06515

I najważniejsza – Miyajima – moje miejsce na ziemi. Wisienka wisienek na torcie tortów. Marzyłam o niej od dziecka, nie wiedząc jeszcze nawet, gdzie i czym jest. W głębokiej podstawówce wykradłam ją tacie z kolekcji pocztówek, którą dostał od swojego taty z Japonii i mam tą kartkę do dziś <3 Jest dla mnie symbolem spełnionego marzenia. Przypomina, że warto marzyć, bo wszystko jest możliwe.

WP_20140924_001

DSC06516DSC06517DSC06518DSC06519DSC06520

270481_2168536653502_7232995_n

Nie dało się nie zakochać w Japonii! Trzeba wrócić!
…jeszcze tylko 35 dni!

Muzeum Sztuk Azji Wschodniej im. Ferenca Hoppa w Budapeszcie

DSC_0100Ostatnim japonizującym miejscem, jakie odwiedziliśmy w Budapeszcie, było Muzeum Sztuk Azji Wschodniej im. Ferenca Hoppa. Miejsce to powstało w 1919 roku, ufundowane przez Ferenca Hoppa tuż przed jego śmiercią, w należącej do niego willi, przy jednej z najważniejszych i najpiękniejszych ulic Budapesztu – Andrássy út. Hopp był zapalonym podróżnikiem, kolekcjonerem i mecenasem sztuki. Japonię odwiedził trzykrotnie, odbył także liczne podróże do Afryki, na Bliski Wschód i do obu Ameryk. Muzeum rozpoczęło działalność ze zbiorem 4000 przedmiotów, które Hopp podarował skarbowi państwa. Dziś zbiory liczą ponad 23.000 obiektów związanych ze sztuką chińską, japońską, indyjską, wschodnio-południowej Azji, nepalską, tybetańską, mongolską i koreańską. Obecnie w willi Ferenca Hoppa prezentowane są głównie wystawy czasowe, natomiast ekspozycje stałe znajdują się kilka przecznic dalej willi György Rátha.*

Do muzeum poszliśmy trochę na „chybił trafił”, bo w Internecie, podobnie jak w przypadku ogrodu japońskiego, na ten temat znaleźliśmy niewiele, ale na miejscu okazało się, że trafiliśmy świetnie, ponieważ właśnie trwała czasowa wystawa „Szamurájok és gésák”, czyli samuraje i gejsze. Można było obejrzeć tradycyjne stroje wraz z ozdobami i trochę broni, a także współczesną biżuterię węgierską inspirowaną tą japońską. Połączenie moim zdaniem trochę nietrafione, bo wystawa była w całości niewielka i odniosłam wrażenie, że części współczesnej przypadła rola „zapchajdziury”, ale może entuzjastów biżuterii coś zachwyci, ja do nich nie należę.

Wystawa obejmuje cztery sale:
Pierwsza poświęcona jest kulturze samurajów, gdzie pokazano zbroję i różne rodzaje broni, a także szczegóły uzbrojenia, takie jak tsuba, czyli element miecza ochraniający rękę.
DSC_0132-horzDSC_0145-horz2DSC_0140-horz3Druga sala gromadzi męskie akcesoria takie jak inrō, czyli tradycyjne kilkupoziomowe pudełka/sakiewki mocowane do pasa obi, służące do przechowywania drobnych przedmiotów, np. akcesoriów do palenia, lekarstw, pieczęci, tuszu itp.

DSC_0215-vertTu także owoce inspiracji Japonią współczesnych twórców biżuterii.
DSC_0152Zachwyciło mnie kilka pięknych suzuribako (szkatułka na przybory do kaligrafii).
_suzuribako
Trzecia sala skupia się na kostiumach kobiecych i dodatkach. I tak mamy trzy kimona, w tym jedno ślubne wraz z akcesoriami, a do tego kolekcja grzebieni i spinek do włosów.
DSC_0187-horz_suk DSC_0199-horz_2 DSC_0201-vert_3
W czwartej natomiast możemy zobaczyć świat dziecięcych zabawek, najsłabszą moim zdaniem część wystawy.
DSC_0127-vert+dz2 _dz
Willa, w której mieści się muzeum jest niewielka, a sama wystawa mieści się na jednym piętrze, więc zwiedzanie trwa raczej krótko i ogólnie zachwytów nie budzi. Niemniej jednak przy okazji, dla ciekawych – polecam. Wystawa trwa do 3 listopada, a bilet wstępu (normalny) kosztuje 1000 HUF (około 15 zł), dodatkowo pobierana jest opłata 500 HUF za możliwość robienia zdjęć.

* Na podstawie http://www.budapeszt.infinity.waw.pl/

Japoński ogród wodny w Budapeszcie – Japánkert

Wzmianek w sieci jest o nim niewiele, a jeśli już to opisy są zdawkowe albo nie ma ich wcale. Nie zważając na to, i tak mieliśmy w planie odwiedzić Wyspę Małgorzaty, więc przy okazji odszukaliśmy ten tajemniczy ogród i to, co zobaczyłam było niestety w dużej mierze rozczarowujące.

Przede wszystkim ogród był w trakcie remontu (oby nie likwidacji) i połowa pozbawiona była wody. Nigdzie nie było żadnej informacji i w pierwszej chwili byłam przekonana, że widzę coś, co kiedyś było ogrodem japońskim. O tym, że rzeczywiście tam był, przekonywało piękne drzewko klonu palmowego.

Kiedy przeszliśmy dalej alejką, okazało się, że jest jeszcze druga połowa, gdzie oczko wodne funkcjonuje, ale nie wzbudziło w nas zachwytu. Całość wyglądała na zaniedbaną. Trzeba wspomnieć, że ogród nie był ogrodzony i nie pobierano opłat za wstęp, jak w przypadku ogrodu wrocławskiego, więc może w takim układzie trudno spodziewać się widoku „od linijki”, ale dla mnie to, co zastałam mimo wszystko było trochę „smutne”.

Ogród znajduje się w północno-zachodniej części Wyspy Małgorzaty. W oczku wodnym są lilie wodne, pływa kilka ryb i kaczek. Do odwiedzenia przy tak zwanej okazji.

DSC_0034-vert

Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Karolina Bednarz

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan All Over

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: