Jak ojciec i syn, czyli Soshite chichi ni naru na Nowych Horyzontach

Like_Father,_Like_Son_posterUdało mi się wczoraj obejrzeć w kinie najnowszy film reżysera Hirokazu Koreeda „Soshite chichi ni naru” znany w Polsce pod tytułem „Jak ojciec i syn”. Seans odbył się w ramach festiwalu Nowe Horyzonty (T-mobile z przodu wciąż nie przechodzi mi przez gardło) i świetnie, bo na regularne seanse pewnie nie ma co w polskich kinach liczyć, a jeśli już, to i tak przyjdzie nam trochę poczekać. Film obejrzałam w doborowym towarzystwie JaponiiBliżej i PodróżeJaponia i widzę, że dziewczyny już podzieliły się swoimi wrażeniami na blogach, ale nie czytam – zobaczymy, czy zdania będą podobne :)

W filmie mamy do czynienia z rodzinnym dramatem. Opowiada on o dwóch rodzinach, na które nagle spada szokująca informacja: ich synowie zostali zamienieni w szpitalu po urodzeniu. Rodzice stoją teraz przed wyborem, czy zostać z dzieckiem, które wychowywali, a z którym nie łączą ich więzy krwi, czy dokonać zamiany. I to wystarczy, aby jednych widzów zaciekawić, innych zniechęcić. Ja byłam gdzieś po środku. Obawiałam się łzawej historii i „taniego” grania na emocjach, ale chciałam zobaczyć film z dwóch powodów: po pierwsze, bo jest japoński :), a po drugie, ponieważ dostał Nagrodę Jury na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, a to t e o r e t y c z n i e coś znaczy.

Co dostałam? Ładny, ciepły, przejmujący, emocjonalny (w wyważony sposób) film. Historia toczy się powoli, ale raczej nie nuży. Współodczuwamy z bohaterami ich dramat i tak jak oni stopniowo „oswajamy się” z tym, co ma nadejść.

Poniekąd w centrum akcji znajduje się Ryota Nonomiya (w tej roli niezły Masaharu Fukuyama), który przez 6 lat wychowywał Keitę. Jest pokazany jako ojciec nieobecny – zapracowany, poświęcający się zarabianiu pieniędzy, dla którego najważniejszy jest status społeczny. Zarysowany jest problem jego własnej relacji z ojcem, co nadaje jego postaci wyważonej głębi. Reżyser w subtelny, nienachalny sposób pokazuje nam zachodzącą w nim zmianę, próbując jednocześnie odpowiedzieć na pytanie, co sprawia, że stajemy się rodzicami dla swoich dzieci.

Cały film jest oczywiście okazją do refleksji, jak my byśmy zachowali się w takiej niecodziennej sytuacji. Reżyser na szczęście nie idzie na łatwiznę – pokazuje szereg emocji, różne fazy przeżywania tego dramatu i z powodzeniem pokazuje wieloaspektowość i ogromny trud w podjęciu takiej decyzji.

Nie podobał mi się sposób, w jaki początkowo była przedstawiona druga rodzina, ale na szczęście twórca w miarę szybko się z tego wycofał. Drugi zarzut (i chyba największy) mam do wątku rozprawy sądowej (nie będę zdradzać) – fabularnie żenujący, ale na szczęście też krótki.

Ogólnie film jest trochę za długi i moim zdaniem mógłby się skończyć wcześniej. Przeciągnięcie wątku skojarzyło mi się z „Pożegnaniami” („Okuribito”) – oba filmy byłyby lepsze, gdyby je skończyć kilkanaście minut wcześniej. Nie widziałam niestety (jeszcze) żadnego innego filmu tego reżysera, więc nie mam porównania, ale w mojej ocenie „Jak ojciec i syn” jest filmem aż i tylko niezłym. „Aż”, ponieważ twórcy udało się uniknąć atmosfery sensacji rodem z pierwszych stron brukowców i stworzył ładny, chciałoby się rzec „prywatny” film. „Tylko”, ponieważ sam temat był na tyle wzbudzający emocje, że dyskusyjne może być, na ile warsztat reżysera miał wpływ na nasze przeżywanie tej historii, co nie znaczy, że nie wykonał swojego zadania dobrze – było ono po prostu dla niego ułatwione. Na uwagę zasługują humorystyczne fragmenty, dzięki którym film nabiera trochę lekkości i nie przygniata nas oczywisty ciężar tego tematu.

Keita_Ninomiya-p1Polecam standardowo zwłaszcza Japonolubom ;), gdyż film daje nam możliwość zerknięcia w życie japońskiej rodziny. Widzimy tu m.in. to, o czym nieraz słyszeliśmy – jak wygląda życie dzieci przygotowywanych od małego do odniesienia sukcesu w życiu zawodowym. Mały Keita (w tej roli cudowny! Keita Ninomiya) odbywa egzamin decydujący o przyjęciu go do renomowanej prywatnej szkoły podstawowej. W wieku sześciu lat już ma korepetytora, który przygotowuje go popołudniami do egzaminu, uczy się grać na pianinie i jest wychowywany tak, aby być jak najbardziej samodzielnym. Na przykładzie drugiej rodziny, widzimy jednak, że nie wszystkie dzieci w Japonii funkcjonują w ten sposób, co zgrabnie rozmywa stereotyp.

Moja ocena: 7/10
Polecam materiał o filmie i jego twórcach z festiwalu w Cannes (tutaj) i trailer:

Reklamy

Aoi haru 青い春 (2001)

1980Film ma niezłe noty na IMDB (7,3) i filmwebie (7,7) i opinię kultowego, więc w końcu się skusiłam. Opowiada o grupce uczniów liceum Asahi w Tokyo, którzy są zagubieni (delikatnie powiedziane) i nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, a koniec szkoły zbliża się nieuchronnie.

Początkowo na pierwszym planie jest Kujo (Ryuhei Matsuda), który obejmuje symboliczne przywództwo w szkole po tym, jak zwycięża w wyzwaniu – śmiałkowie stają na dachu szkoły po drugiej stronie zabezpieczającej barierki i klaszczą jak największą ilość razy tak, aby zdążyć się jeszcze złapać i uniknąć upadku z wysokości.

Okazuje się szybko, że Kujo tak naprawdę nie jest zainteresowany przywództwem, a udział w zawodach wziął „od niechcenia”. Chłopak jest w pewnym sensie głównym bohaterem, ponieważ jego osoba spaja cały film. Ma miejsce jednak ciekawy zabieg, gdyż im mniejsze jest zaangażowanie Kujo w „przywództwo”, tym bardziej kamera symbolicznie, stopniowo go opuszcza, by skupić się na losach jego znajomych. Mamy więc poniekąd do czynienia z bohaterem zbiorowym i to bardzo sprawnie narysowanym – w pewnym momencie jesteśmy wręcz przesiąknięci bezcelowością bohaterów, którzy dryfują w szkolnej rzeczywistości. Wyróżniona jest nieco relacja między Kujo a jego wieloletnim przyjacielem Aoki, który rozczarowany brakiem zachowań przywódczych Kujo, wystawia przyjaźń na próbę…

klask

„Klaszcz, jeśli jesteś szczęśliwy” – taki przewrotny napis znajduje się na ścianie na dachu. Wiele można powiedzieć o tych chłopcach, ale nie to, że są szczęśliwi. Są zagubieni, zawieszeni w odstającej od świata szkolnej rzeczywistości, działają instynktownie, niemal bezrefleksyjnie.

Wyjątkiem jest Kujo, który zdaje sobie sprawę ze swojego położenia. Wie, że szkoła jest swoistym kloszem, w którym reguły są jasne i bez problemu w niej funkcjonuje. Mówi: „Szkoła to jest raj.” a przyszłość budzi w nim lęk: „Boję się ludzi, którzy wiedzą, czego chcą w życiu.”

Zaprzyjaźnia się ze szkolnym ogrodnikiem, który jemu i dwójce innych uczniów poleca zasadzić kwiaty. Każdy z nich ma dbać o swoje, jednak tylko Kujo wraca do ogrodnika i dba o wszystkie trzy cebulki, z których zakwitają tulipany. Sceny z udziałem Kujo i ogrodnika są świetne, stoją w opozycji do brudu i przemocy, które dominują film. Są chwilą na złapanie oddechu i właśnie na ową refleksję, której brakuje pozostałym bohaterom. Kujo ma świadomość tego, że czas wziąć odpowiedzialność za swoje życie, ale boi się, że nie podoła. Pyta ogrodnika: „Czy nie ma takich kwiatów, które nigdy nie kwitną?”. Ten odpowiada: „Kwiaty są stworzone, by kwitnąć, nie by usychać. Zdecydowałem się w to wierzyć.”

tulip

Zaraz po filmie miałam mieszane uczucia i pewien problem z oceną, gdyż wydał mi się on zbyt odrealniony i przerysowany. Cała akcja rozgrywa się w szkole, która jest przedstawiona w najgorszy możliwy sposób – budynek jest dosłownie ruderą, ściany są popisane, szyby w oknach powybijane, wszędzie jest brudno i ponuro. Uczniowie zupełnie nie przywiązują wagi do nauki, ignorują nauczycieli, wychodzą z sali w trakcie lekcji bez żadnych konsekwencji. Nauczyciele z kolei prowadzą zajęcia jak automaty, nie reagują nawet na elementy przemocy skierowane w ich stronę, a co dopiero między uczniami – są tu tylko tłem dla zdarzeń. Zupełnie nie wiemy też, jak wygląda pozaszkolne życie bohaterów, ich relacje z rodziną itp.

Moim podstawowym zarzutem dla filmu jest jednowymiarowość przedstawienia postaci (bardzo tego nie lubię), jednak jeśli miał to być zabieg podkreślający, jak bardzo jałowe jest życie bohaterów, którzy nie mają prawie żadnych zainteresowań (wyjątkiem jest w pewnym sensie wątek baseballisty) i wszystko załatwiają przemocą, to taka forma wyrazu jest akceptowalna. Szkoda tylko, że nie wiemy, dlaczego jest tak, jak jest. Nie możemy się tego nawet domyślać. Ponadto jak dla mnie jednak trochę za dużo tej przemocy, dobrze, że nie zawsze pokazywanej w kadrze… Zaletą jest, że film od samego początku trzyma w napięciu i niepewności. Kiedy oglądamy klaszczących chłopców na dachu, czujemy ścisk w żołądku i napięta atmosfera towarzyszy nam już do końca. Kontrastem dla ponurych zdęć i fabuły są pokazywane w tle zwodniczo piękne kwitnące wiśnie, co jeszcze bardziej uwydatnia patologię, z jaką mamy do czynienia. Jest też kilka ciekawych ujęć, mi w pamięci zapadnie szczególnie to pochodzące ze znaczącej sceny między Kujo a Aoki:

papier

Dodając do tego świetną grę aktorską i dobrze dopasowaną punkrockową muzykę, mamy film całkiem niezły. Przywiódł mi na myśl estońską „Naszą klasę” (2007) i szwedzkie „Zło” (2003), ale był od nich dwóch według mnie lepszy.

Moja ocena 7/10. Polecam!

Film w reżyserii Toshiaki Toyoda, na podstawie mangi Taiyō Matsumoto.

Trailer:

Film do obejrzenia tutaj:

„Przyjdź zobaczyć raj” – Japończycy w USA podczas II wojny światowej

come_see_the_paradiseByło już filmowo o małżeństwach amerykańsko-japońskich w powojennej Japonii (tutaj). Teraz jestem świeżo po seansie filmu „Przyjdź zobaczyć raj”, który w 1990 roku wyreżyserował Alan Parker (napisał także scenariusz). Realia, w jakich osadzona jest fabuła, dają obraz życia Amerykanów pochodzenia japońskiego w latach 40-tych XX wieku.

Rzecz rozpoczyna się w Little Tokyo w Los Angeles, gdzie młody Amerykanin Jack McGurn (Dennis Quaid) zdobywa serce Amerykanki japońskiego pochodzenia Lily Kawamura. Ojciec dziewczyny nie akceptuje tego związku, więc młodzi uciekają razem do Seattle, aby się pobrać (tam nie było to zakazane) i tak mija kilka lat. Kiedy roznosi się wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor, życie Japończyków w USA zmienia się diametralnie. Lily wraca do Little Tokyo, by być blisko rodziny, którą wkrótce czeka wysiedlenie do obozu…

Muszę przyznać, że o obozach dla Amerykanów pochodzenia japońskiego nie miałam najmniejszego pojęcia, więc film stał się dla mnie inspiracją do zgłębienia tematu.

Sięgając nieco wstecz: znaczące migracje Japończyków do USA rozpoczęły się w następstwie politycznych, kulturalnych i społecznych zmian, które niosła ze sobą Restauracja Meiji (1868 r.). Japonia weszła w fazę szybkiej modernizacji i otworzyła się na wpływy Zachodu. Część Japończyków podjęła wówczas decyzję o emigracji. Ci, którzy wybrali Stany Zjednoczone, osiadali głównie na Hawajach i Zachodnim Wybrzeżu. W 1924 roku zakazano dalszej imigracji do USA, co spowodowało ukształtowanie wyraźnych grup-generacji imigrantów: Issei (一世, pierwsi imigranci do 1924 r.), Nisei (二世, dzieci Issei) i Sansei (三世, trzecia generacja, dzieci Nisei). Zakaz imigracji zniesiono dopiero w 1965 roku.

Władze USA nie nadawały praw obywatelskich przedstawicielom Issei, nie mogli oni głosować ani posiadać nieruchomości. W Kaliforni i innych zachodnich stanach przed II wojną światową podejmowano próby legalizacji małżeństw mieszanych, jednak były one odrzucane przez Sąd Najwyższy. Mimo tych obostrzeń, Japończycy w Ameryce przed wojną wiedli podobny żywot jak obywatele USA.

JapaneseAmericanGrocer1942

Sklep Amerykanina pochodzenia japońskiego z napisem Jestem Amerykaninem, źródło: Wikipedia

Sytuacja uległa drastycznej przemianie po japońskim nalocie na amerykańską bazę floty i lotnictwa Pearl Harbor w grudniu 1941 roku. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, a prezydent Franklin Delano Roosevelt (19 lutego 1942 roku) podjął decyzję o izolacji osób pochodzenia japońskiego żyjących na terytorium USA.

Uzasadnieniem dla takich działań miała być dbałość o bezpieczeństwo narodowe, przy czym warto podkreślić, że kryterium izolacji była rasa i pochodzenie, wszyscy Japończycy zostali uznani za potencjalne zagrożenie niezależnie od tego, czy były na to jakieś dowody. Wielu z Nisei nie znało nawet języka japońskiego, czuli się Amerykanami.

Podczas wojny, ponad 110,000 Amerykanów pochodzenia japońskiego zostało internowanych w dziesięciu obozach na terenie USA, zlokalizowanych głównie na zachodzie kraju. Całe rodziny z dziećmi były zmuszane do opuszczenia swoich domów, mogli zabrać ze sobą tylko to, co zdołali unieść.

japanese-internment-camp-3

Obozy były strzeżone i otoczone drutem kolczastym. Stanowiły samowystarczalne społeczności, ze szpitalami, szkołami i nawet pewną formą demokratycznego samorządu. Na rodzinę przypadało jedno wydzielone pomieszczenie w baraku. Każda izba była wyposażona w materace, koce, piec i światło. Pralnia, łaźnia i jadalnia były wspólne. Obóz oferował kilka opcji zatrudnienia, zarobki jednak były bardzo niskie.

Konstytucyjność instytucji obozów była kwestionowana w zasadzie od momentu, w którym powstały, jednak dopiero w grudniu 1944 roku sąd zarządził, że w obozach nie mogą być zatrzymani ci, którzy udowodnili swoją lojalność wobec Stanów Zjednoczonych. Stopniowo likwidowano obozy, dla wielu jednak powrót był trudny, nie mieli do czego wracać.

Dopiero w 1988 roku Kongres oficjalnie przyznał, że przesiedlenia i izolacja Amerykanów pochodzenia japońskiego w obozach były wynikiem „uprzedzeń rasowych” i „wojennej histerii”. Wypłacono ponad 1,6 miliarda dolarów odszkodowań internowanym i ich potomkom.

Wracając do samego filmu, ogląda się go całkiem dobrze. Urzeka zwłaszcza muzyka, która potęguje emocje. Najważniejsze jednak jest, że oprócz głównego wątku miłosnego, w znakomicie pokazanym tle widzimy wstrząsający kawałek amerykańsko-japońskiej historii. Warto zobaczyć.

Więcej o historii obozów np. tutaj

Humphrey Bogart w Tokyo? (Tokyo Joe)

539889.1020.aCzy Humphrey Bogart był kiedykolwiek w Tokyo? Na to pytanie, choć szukałam zawzięcie, nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. Pewne jest natomiast, że nie był w Tokyo podczas kręcenia filmu „Tokyo Joe”, w którym zagrał główną rolę :) Był to pierwszy amerykański film kręcony w powojennej Japonii, jednak pozwolono tylko na sfilmowanie zewnętrznych planów z udziałem dublera, podczas gdy Bogart i inni grali w studiu w Los Angeles. Film powstał w 1949 roku i wyreżyserował go Stuart Heisler.

Joe Barett (Bogart) wraca po siedmiu latach do Tokyo, w którym mieszkał przed wojną, by sprawdzić, czy jego bar jeszcze istnieje. Okazuje się, że tak i zastaje w nim swojego japońskiego przyjaciela Ito (Teru Shimada, fanom przygód Jamesa Bonda znany jako pan Osato w „You only live twice”). Od niego Joe dowiaduje się, że jego żona przeżyła wojnę. Kiedy ją odwiedza, doznaje szoku, ponieważ Trina wyszła ponownie za mąż. Problemem jest to, że Barett ma tylko czasowe pozwolenie na pobyt w Japonii. By zostać na dłużej i uporządkować swoje życie osobiste zmuszony jest wdać się w układ z bossem japońskiego półświatka, baronem Kimura (w tej roli znany z „Mostu na rzece Kwai” Sessue Hayakawa), co pociągnie za sobą ważkie dla fabuły konsekwencje.

Scenariusz przywodzi na myśl historię z „Casablanki” – bohater Bogarta jest w egzotycznym kraju, prowadził bar, próbuje odzyskać ukochaną… To trochę jak nieudana kalka, a do tego film jakby został zrealizowany niedbale. Krytycy uznają go za jeden z „tych gorszych” w dorobku ikony kina. Mimo, że firma producencka Bogarta (Santana) koprodukowała film z Columbia Pictures, podobno on sam nazwał go gniotem. Ja nie byłabym aż tak surowa, ale pewnie wynika to z mojej słabości do samego aktora.

Obraz ten był na czasie, ponieważ amerykańska opinia publiczna żywo interesowała się okupacją Japonii. Kraj Kwitnącej Wiśni pokazany jest jednak w filmie skąpo, to w zasadzie tylko góra Fuji i kilka planów ulic Tokyo w początkowych scenach. Gdyby film zrealizowano kilka lat później i obsada mogłaby grać w japońskim plenerze, byłby zapewne ciekawszy. A tak widzimy plecy jakiegoś faceta w płaszczu i kapeluszu, który udaje Bogarta…

TokyoJoetokyo joeW kontekście amerykańsko-japońskim świetne są natomiast sceny między przyjaciółmi Joe i Ito. Japończyk nie kryje wstydu za atak Japonii na Pearl Harbor, jednak Joe w dalszym ciągu uważa go za przyjaciela i mówi „przecież to nie ty to wszystko zaplanowałeś” – traktuje go jak równego sobie, co w tym czasie było dość niezwykłe. Na uwagę zasługuje scena walki judo między nimi, a zwłaszcza widoczna twarz dublera Bogarta w niejednym ujęciu :)

Dla żądnych mariażu Japonii i Ameryki w powojennym kinie dużo ciekawszy będzie nieco późniejszy, recenzowany już przeze mnie (tutaj) film „Sayonara” z Marlonem Brando, ale fani Bogarta i tak pewnie będą zadowoleni. Ja do nich należę i zawsze miło ogląda mi się jego niejednoznacznego, cynicznego, uwodzicielskiego bohatera. Filmowi „Tokyo Joe” daleko jednak do moich faworytów: „Dark Passage”, „In a Lonely Place” czy „The Big Sleep”.

Twarz innego (他人の顔 Tanin no kao)

faceofanotherposterJestem uzależniona od oglądania filmów, zwłaszcza starych, więc wciąż buszuję po IMDB i wyszukuję co ciekawsze kąski. Z kinem japońskim o dziwo mam pewien problem i niechętnie się za nie zabieram. Może dlatego, że chciałabym wszystko rozumieć, a nie rozumiem :), a czytanie najczęściej angielskich napisów i jednoczesne wschłuchiwanie się w japoński kończy się zwykle lekkim bólem głowy. Kiedy tylko jednak czuję się na siłach, sięgam po wyczekane smaczki japońskiej kinematografii. Tym razem padło na „Twarz innego” w reżyserii Hiroshi Teshigahara na podstawie powieści Abe Kōbō. To jeden z czterech filmów zrobionych wspólnie przez obu panów.

Głównym bohaterem jest pan Okuyama, który dotknięty oszpeceniem twarzy, staje się oschły, wycofany i uważa się za potwora, który budzi obrzydzenie we własnej żonie. Cały czas ukrywa blizny pod bandażami. Jego sytuacja diametralnie się zmienia, gdy nakłada na twarz maskę wykonaną w ramach eksperymentu przez doktora Hira. Maska dopasowuje się naturalnie do twarzy i tylko wprawione oko dostrzeże jej sztuczność. Okuyama dzięki nowemu wyglądowi jest zupełnie odmieniony i wpada na pomysł, że uwiedzie swoją żonę… Fabuła intrygująca.

Film zrobił na mnie dobre wrażenie, ale spodziewałam się czegoś lepszego. Wysokie noty na portalach filmowych niestety windują oczekiwania. Ciekawa była wizja doktora Hira o masowej produkcji masek, możliwości zmiany twarzy w każdej chwili, stania się kimś innym i anonimowym. Trochę przerażające. Obraz ten daje pole do pewnych refleksji na temat społeczeństwa, jednak na dzień dzisiejszy nie ma w tym nic odkrywczego. Szczerze mówiąc po seansie nie została we mnie chęć do dalszych przemyśleń, czy analiz, film mnie nie poruszył, a to ważny dla mnie aspekt brany pod uwagę przy ocenie. To, co zapadnie mi w pamięć to na pewno zdjęcia – piękne, czarno-białe, wyszukane kadry autorstwa Hiroshi Segawa.

FACE021

vlcsnap-2010-06-18-14h42m26s65

tumblr_mgy7gcSKTD1raezz2o1_500

PDVD_028

Na Youtubie jest cały film, ale niestety bez żadnych napisów.

Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Karolina Bednarz

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan All Over

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: