Czy przeżyłam pinku eiga na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków?

mtg_001-jpg_standaObawiałam się tego filmu. Przegląd „różowego kina”* japońskiego na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty w 2011 roku nie pozostawił mnie obojętną. Obejrzałam wówczas pięć filmów, które z jednej strony zachwyciły mnie fabularną (absurdalną) pomysłowością, z drugiej pozostawiły z poczuciem przekroczenia mojej granicy smaku i komfortu (pamiętam osoby masowo wychodzące z sali). Minęło jednak kilka lat i licząc na pozytywne zaskoczenie zdecydowałam się zweryfikować, ile prawdy jest w zapowiedzi „Dziewczyny w technikolorze” Reia Sakamoto. Według niej film powstał jako efekt poszukiwań „nowych pól twórczej realizacji” pogrążonej w kryzysie branży pinku eiga. Wystarczająco intrygująco.

Bohaterem jest Nagano, który po 40 latach bezpodstawnej izolacji w szpitalu psychiatrycznym w Fukushimie odzyskuje wolność podczas ewakuacji w marcu 2011 roku. Jako że nie ma bliskich, którzy by na niego czekali, postanawia odnaleźć swoją pierwszą (i jedyną) partnerkę seksualną. Mówi, że „pamięta tylko ją”. Udaje się do Tokyo, z czym naturalnie wiążą się różne „przygody”.

Drogę do Tokyo przetrwałam…(choć była na przemian nudna i odpychająca), i całe szczęście, bo w mieście powiało świeżością, pomysłem, a przede wszystkim emocją. Wspomnienie „pierwszego razu” pokazane w konwencji kina niemego – świetne, a scena, w której bohater wykonuje nieme karaoke to chwytająca za gardło rewelacja (bohater jest po operacji raka krtani i nie wydaje żadnych dźwięków). Nie brakuje w filmie momentów zabawnych, natomiast niejednoznaczna relacja między Nagano a odnalezioną kobietą i powściągliwie okazywane emocje między nimi wzmagają w widzu poruszenie.

Finalnie cieszę się z obecności na tym seansie (i mojej wytrwałości), bo ten film ma w sobie jednak coś pociągającego, niebanalnego, kinowo dla mnie rześkiego. Weszłam w tą historię ku własnemu zdziwieniu. Losy Nagano to w zasadzie zadatek na dobry dramat psychologiczny a nie film erotyczny. Pytanie tylko czy wtedy powstałby lepszy film? Myślę, że nie.

  • jap. pinku eiga – gatunek japońskiego kina erotycznego

PS. Na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków we Wrocławiu można było zobaczyć jeszcze „Gwiazdę szeptów” (reż Sion Sono) i ” Długie przeprosiny” (reż. Miwa Nishikawa) – oba niestety nieco dla mnie rozczarowujące. Pierwszy, mimo urzekających czarno-białych kadrów, dłużył się na potęgę, drugi z zadatkiem na piękne kino „czystej emocji”, niestety przekroczył cienką granicę banału i zamiast wzruszyć, zirytował. Szkoda, że wrocławska replika Festiwalu jest niekompletna, w warszawskiej odsłonie filmów japońskich było dużo więcej. Może za rok się to zmieni? Widzowie są :)

Reklamy

„Nasza młodsza siostra” Hirokazu Kore-edy – o kojącej bliskości

nasza młodsza siostra Hirokazu Kore-edaKilka dni temu miałam okazję zobaczyć przedpremierowo najnowszy film Hirokazu Kore-edy „Nasza młodsza siostra”. To kolejna, po dobrze przyjętej „Jak ojciec i syn”, historia nietypowej japońskiej rodziny w jego dorobku. Czy warto wybrać się do kina?

W nadmorskiej, niewielkiej Kamakurze żyją trzy siostry: Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho). Tworzą dość nietypową rodzinę – kilkanaście lat wcześniej porzucili je zarówno ojciec (odchodząc do innej kobiety), jak i matka (nie mogąc poradzić sobie z odejściem męża wyjechała na północ Japonii). Najstarsza Sachi była wówczas nastolatką i po śmierci babci to ona przejęła rolę głowy rodziny. Od dziecka mieszkają w tym samym starym, tradycyjnym domu.

Bohaterki poznajemy w momencie, w którym dowiadują się o śmierci ojca. Postanawiają pojechać na pogrzeb, gdzie poznają swoją właśnie osieroconą, przyrodnią młodszą siostrę Suzu (Suzu Hirose). Decydują się przyjąć ją pod swój dach i rozpoczyna się pełen subtelnych emocji proces adaptacji tej czwórki do nowej sytuacji, która staje się zarazem okazją do przepracowania ich rodzinnej traumy.

Mówi się, że Kore-eda jest mistrzem opowiadania o codzienności i mnie jego sposób prowadzenia historii zdecydowanie odpowiada. Akcja „Naszej młodszej siostry” toczy się niespiesznie, opiera się na subtelnie rysowanych niuansach w zwyczajnej rzeczywistości. Co dla niektórych może być zaskakujące, sytuacja w jakiej znalazły się bohaterki nie rodzi wyrazistych problemów czy konfliktów, nie ma tu też wielkich zwrotów akcji. Obserwujemy naturalne, powolne wychodzenie z traumy, którą bohaterki niewątpliwie przeżywają, ale którą ostatecznie potrafią przekuć w zacieśnienie więzi między sobą i wreszcie odnajdują spokój.

Pomagają im w tym rodzinne rytuały, takie jak wspólne gotowanie czy zrywanie śliwek, przygotowanie i wreszcie picie tradycyjnego śliwkowego wina, przesiadywanie na werandzie czy kameralnie przeżywany festiwal fajerwerków (hanabi). Nad dziewczynami czuwa w pewnym sensie duch babci, którą często wspominają i oddają jej cześć przy domowym ołtarzyku (butsudan). To ona nadała dobry kierunek ich trudnemu życiu, kiedy zostały opuszczone przez rodziców.

Podobnie jak w przypadku poprzedniego filmu Kore-edy uważam, że ten także mógłby być krótszy, choć „dłużył” się raczej przyjemnie. To świetna okazja do zatrzymania się na chwilę w naszej pędzącej codzienności. Film pozostawia widza w przyjemnym poczuciu, że każdy moment może być wartościowy, niekoniecznie musi być wyjątkowy, bo celebrować można każdą chwilę spędzaną z bliskimi.

Koniec filmu pozostawia bohaterki w zasadzie w miejscu, w którym były na początku z tą różnicą, że szczęśliwsze, spokojniejsze i bliższe sobie. „Nasza młodsza siostra” to intymny, pełen ciepła, refleksji i czułości piękny film o przebaczaniu. Dużo u Kore-edy sentymentalizmu, co dla niektórych może być trudne do zniesienia, ale jeśli wejdzie się w ten świat, można spędzić w nim rozgrzewające serce dwie godziny i wyjść z kina z delikatnym, naturalnym uśmiechem i z jakimś takim… ukojeniem.

Polecam!
Moja ocena: 7/10.

Jak ojciec i syn, czyli Soshite chichi ni naru na Nowych Horyzontach

Like_Father,_Like_Son_posterUdało mi się wczoraj obejrzeć w kinie najnowszy film reżysera Hirokazu Koreeda „Soshite chichi ni naru” znany w Polsce pod tytułem „Jak ojciec i syn”. Seans odbył się w ramach festiwalu Nowe Horyzonty (T-mobile z przodu wciąż nie przechodzi mi przez gardło) i świetnie, bo na regularne seanse pewnie nie ma co w polskich kinach liczyć, a jeśli już, to i tak przyjdzie nam trochę poczekać. Film obejrzałam w doborowym towarzystwie JaponiiBliżej i PodróżeJaponia i widzę, że dziewczyny już podzieliły się swoimi wrażeniami na blogach, ale nie czytam – zobaczymy, czy zdania będą podobne :)

W filmie mamy do czynienia z rodzinnym dramatem. Opowiada on o dwóch rodzinach, na które nagle spada szokująca informacja: ich synowie zostali zamienieni w szpitalu po urodzeniu. Rodzice stoją teraz przed wyborem, czy zostać z dzieckiem, które wychowywali, a z którym nie łączą ich więzy krwi, czy dokonać zamiany. I to wystarczy, aby jednych widzów zaciekawić, innych zniechęcić. Ja byłam gdzieś po środku. Obawiałam się łzawej historii i „taniego” grania na emocjach, ale chciałam zobaczyć film z dwóch powodów: po pierwsze, bo jest japoński :), a po drugie, ponieważ dostał Nagrodę Jury na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, a to t e o r e t y c z n i e coś znaczy.

Co dostałam? Ładny, ciepły, przejmujący, emocjonalny (w wyważony sposób) film. Historia toczy się powoli, ale raczej nie nuży. Współodczuwamy z bohaterami ich dramat i tak jak oni stopniowo „oswajamy się” z tym, co ma nadejść.

Poniekąd w centrum akcji znajduje się Ryota Nonomiya (w tej roli niezły Masaharu Fukuyama), który przez 6 lat wychowywał Keitę. Jest pokazany jako ojciec nieobecny – zapracowany, poświęcający się zarabianiu pieniędzy, dla którego najważniejszy jest status społeczny. Zarysowany jest problem jego własnej relacji z ojcem, co nadaje jego postaci wyważonej głębi. Reżyser w subtelny, nienachalny sposób pokazuje nam zachodzącą w nim zmianę, próbując jednocześnie odpowiedzieć na pytanie, co sprawia, że stajemy się rodzicami dla swoich dzieci.

Cały film jest oczywiście okazją do refleksji, jak my byśmy zachowali się w takiej niecodziennej sytuacji. Reżyser na szczęście nie idzie na łatwiznę – pokazuje szereg emocji, różne fazy przeżywania tego dramatu i z powodzeniem pokazuje wieloaspektowość i ogromny trud w podjęciu takiej decyzji.

Nie podobał mi się sposób, w jaki początkowo była przedstawiona druga rodzina, ale na szczęście twórca w miarę szybko się z tego wycofał. Drugi zarzut (i chyba największy) mam do wątku rozprawy sądowej (nie będę zdradzać) – fabularnie żenujący, ale na szczęście też krótki.

Ogólnie film jest trochę za długi i moim zdaniem mógłby się skończyć wcześniej. Przeciągnięcie wątku skojarzyło mi się z „Pożegnaniami” („Okuribito”) – oba filmy byłyby lepsze, gdyby je skończyć kilkanaście minut wcześniej. Nie widziałam niestety (jeszcze) żadnego innego filmu tego reżysera, więc nie mam porównania, ale w mojej ocenie „Jak ojciec i syn” jest filmem aż i tylko niezłym. „Aż”, ponieważ twórcy udało się uniknąć atmosfery sensacji rodem z pierwszych stron brukowców i stworzył ładny, chciałoby się rzec „prywatny” film. „Tylko”, ponieważ sam temat był na tyle wzbudzający emocje, że dyskusyjne może być, na ile warsztat reżysera miał wpływ na nasze przeżywanie tej historii, co nie znaczy, że nie wykonał swojego zadania dobrze – było ono po prostu dla niego ułatwione. Na uwagę zasługują humorystyczne fragmenty, dzięki którym film nabiera trochę lekkości i nie przygniata nas oczywisty ciężar tego tematu.

Keita_Ninomiya-p1Polecam standardowo zwłaszcza Japonolubom ;), gdyż film daje nam możliwość zerknięcia w życie japońskiej rodziny. Widzimy tu m.in. to, o czym nieraz słyszeliśmy – jak wygląda życie dzieci przygotowywanych od małego do odniesienia sukcesu w życiu zawodowym. Mały Keita (w tej roli cudowny! Keita Ninomiya) odbywa egzamin decydujący o przyjęciu go do renomowanej prywatnej szkoły podstawowej. W wieku sześciu lat już ma korepetytora, który przygotowuje go popołudniami do egzaminu, uczy się grać na pianinie i jest wychowywany tak, aby być jak najbardziej samodzielnym. Na przykładzie drugiej rodziny, widzimy jednak, że nie wszystkie dzieci w Japonii funkcjonują w ten sposób, co zgrabnie rozmywa stereotyp.

Moja ocena: 7/10
Polecam materiał o filmie i jego twórcach z festiwalu w Cannes (tutaj) i trailer:

Aoi haru 青い春 (2001)

1980Film ma niezłe noty na IMDB (7,3) i filmwebie (7,7) i opinię kultowego, więc w końcu się skusiłam. Opowiada o grupce uczniów liceum Asahi w Tokyo, którzy są zagubieni (delikatnie powiedziane) i nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, a koniec szkoły zbliża się nieuchronnie.

Początkowo na pierwszym planie jest Kujo (Ryuhei Matsuda), który obejmuje symboliczne przywództwo w szkole po tym, jak zwycięża w wyzwaniu – śmiałkowie stają na dachu szkoły po drugiej stronie zabezpieczającej barierki i klaszczą jak największą ilość razy tak, aby zdążyć się jeszcze złapać i uniknąć upadku z wysokości.

Okazuje się szybko, że Kujo tak naprawdę nie jest zainteresowany przywództwem, a udział w zawodach wziął „od niechcenia”. Chłopak jest w pewnym sensie głównym bohaterem, ponieważ jego osoba spaja cały film. Ma miejsce jednak ciekawy zabieg, gdyż im mniejsze jest zaangażowanie Kujo w „przywództwo”, tym bardziej kamera symbolicznie, stopniowo go opuszcza, by skupić się na losach jego znajomych. Mamy więc poniekąd do czynienia z bohaterem zbiorowym i to bardzo sprawnie narysowanym – w pewnym momencie jesteśmy wręcz przesiąknięci bezcelowością bohaterów, którzy dryfują w szkolnej rzeczywistości. Wyróżniona jest nieco relacja między Kujo a jego wieloletnim przyjacielem Aoki, który rozczarowany brakiem zachowań przywódczych Kujo, wystawia przyjaźń na próbę…

klask

„Klaszcz, jeśli jesteś szczęśliwy” – taki przewrotny napis znajduje się na ścianie na dachu. Wiele można powiedzieć o tych chłopcach, ale nie to, że są szczęśliwi. Są zagubieni, zawieszeni w odstającej od świata szkolnej rzeczywistości, działają instynktownie, niemal bezrefleksyjnie.

Wyjątkiem jest Kujo, który zdaje sobie sprawę ze swojego położenia. Wie, że szkoła jest swoistym kloszem, w którym reguły są jasne i bez problemu w niej funkcjonuje. Mówi: „Szkoła to jest raj.” a przyszłość budzi w nim lęk: „Boję się ludzi, którzy wiedzą, czego chcą w życiu.”

Zaprzyjaźnia się ze szkolnym ogrodnikiem, który jemu i dwójce innych uczniów poleca zasadzić kwiaty. Każdy z nich ma dbać o swoje, jednak tylko Kujo wraca do ogrodnika i dba o wszystkie trzy cebulki, z których zakwitają tulipany. Sceny z udziałem Kujo i ogrodnika są świetne, stoją w opozycji do brudu i przemocy, które dominują film. Są chwilą na złapanie oddechu i właśnie na ową refleksję, której brakuje pozostałym bohaterom. Kujo ma świadomość tego, że czas wziąć odpowiedzialność za swoje życie, ale boi się, że nie podoła. Pyta ogrodnika: „Czy nie ma takich kwiatów, które nigdy nie kwitną?”. Ten odpowiada: „Kwiaty są stworzone, by kwitnąć, nie by usychać. Zdecydowałem się w to wierzyć.”

tulip

Zaraz po filmie miałam mieszane uczucia i pewien problem z oceną, gdyż wydał mi się on zbyt odrealniony i przerysowany. Cała akcja rozgrywa się w szkole, która jest przedstawiona w najgorszy możliwy sposób – budynek jest dosłownie ruderą, ściany są popisane, szyby w oknach powybijane, wszędzie jest brudno i ponuro. Uczniowie zupełnie nie przywiązują wagi do nauki, ignorują nauczycieli, wychodzą z sali w trakcie lekcji bez żadnych konsekwencji. Nauczyciele z kolei prowadzą zajęcia jak automaty, nie reagują nawet na elementy przemocy skierowane w ich stronę, a co dopiero między uczniami – są tu tylko tłem dla zdarzeń. Zupełnie nie wiemy też, jak wygląda pozaszkolne życie bohaterów, ich relacje z rodziną itp.

Moim podstawowym zarzutem dla filmu jest jednowymiarowość przedstawienia postaci (bardzo tego nie lubię), jednak jeśli miał to być zabieg podkreślający, jak bardzo jałowe jest życie bohaterów, którzy nie mają prawie żadnych zainteresowań (wyjątkiem jest w pewnym sensie wątek baseballisty) i wszystko załatwiają przemocą, to taka forma wyrazu jest akceptowalna. Szkoda tylko, że nie wiemy, dlaczego jest tak, jak jest. Nie możemy się tego nawet domyślać. Ponadto jak dla mnie jednak trochę za dużo tej przemocy, dobrze, że nie zawsze pokazywanej w kadrze… Zaletą jest, że film od samego początku trzyma w napięciu i niepewności. Kiedy oglądamy klaszczących chłopców na dachu, czujemy ścisk w żołądku i napięta atmosfera towarzyszy nam już do końca. Kontrastem dla ponurych zdęć i fabuły są pokazywane w tle zwodniczo piękne kwitnące wiśnie, co jeszcze bardziej uwydatnia patologię, z jaką mamy do czynienia. Jest też kilka ciekawych ujęć, mi w pamięci zapadnie szczególnie to pochodzące ze znaczącej sceny między Kujo a Aoki:

papier

Dodając do tego świetną grę aktorską i dobrze dopasowaną punkrockową muzykę, mamy film całkiem niezły. Przywiódł mi na myśl estońską „Naszą klasę” (2007) i szwedzkie „Zło” (2003), ale był od nich dwóch według mnie lepszy.

Moja ocena 7/10. Polecam!

Film w reżyserii Toshiaki Toyoda, na podstawie mangi Taiyō Matsumoto.

Trailer:

Film do obejrzenia tutaj:

Twarz innego (他人の顔 Tanin no kao)

faceofanotherposterJestem uzależniona od oglądania filmów, zwłaszcza starych, więc wciąż buszuję po IMDB i wyszukuję co ciekawsze kąski. Z kinem japońskim o dziwo mam pewien problem i niechętnie się za nie zabieram. Może dlatego, że chciałabym wszystko rozumieć, a nie rozumiem :), a czytanie najczęściej angielskich napisów i jednoczesne wschłuchiwanie się w japoński kończy się zwykle lekkim bólem głowy. Kiedy tylko jednak czuję się na siłach, sięgam po wyczekane smaczki japońskiej kinematografii. Tym razem padło na „Twarz innego” w reżyserii Hiroshi Teshigahara na podstawie powieści Abe Kōbō. To jeden z czterech filmów zrobionych wspólnie przez obu panów.

Głównym bohaterem jest pan Okuyama, który dotknięty oszpeceniem twarzy, staje się oschły, wycofany i uważa się za potwora, który budzi obrzydzenie we własnej żonie. Cały czas ukrywa blizny pod bandażami. Jego sytuacja diametralnie się zmienia, gdy nakłada na twarz maskę wykonaną w ramach eksperymentu przez doktora Hira. Maska dopasowuje się naturalnie do twarzy i tylko wprawione oko dostrzeże jej sztuczność. Okuyama dzięki nowemu wyglądowi jest zupełnie odmieniony i wpada na pomysł, że uwiedzie swoją żonę… Fabuła intrygująca.

Film zrobił na mnie dobre wrażenie, ale spodziewałam się czegoś lepszego. Wysokie noty na portalach filmowych niestety windują oczekiwania. Ciekawa była wizja doktora Hira o masowej produkcji masek, możliwości zmiany twarzy w każdej chwili, stania się kimś innym i anonimowym. Trochę przerażające. Obraz ten daje pole do pewnych refleksji na temat społeczeństwa, jednak na dzień dzisiejszy nie ma w tym nic odkrywczego. Szczerze mówiąc po seansie nie została we mnie chęć do dalszych przemyśleń, czy analiz, film mnie nie poruszył, a to ważny dla mnie aspekt brany pod uwagę przy ocenie. To, co zapadnie mi w pamięć to na pewno zdjęcia – piękne, czarno-białe, wyszukane kadry autorstwa Hiroshi Segawa.

FACE021

vlcsnap-2010-06-18-14h42m26s65

tumblr_mgy7gcSKTD1raezz2o1_500

PDVD_028

Na Youtubie jest cały film, ale niestety bez żadnych napisów.

Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Blog o Azji Wschodniej... i nie tylko

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan Blog - Tokyo Osaka Nagoya Kyoto

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: