Japonia pierwszy raz na szerokim ekranie – House of Bamboo (1955)

„This film was photographed in Tokyo, Yokohama and the Japanese country side.
The year is 1954.”

Takie słowa słyszymy na początku filmu „House of Bamboo” (reż. Samuel Fuller), kiedy w kadrze pojawia się jadący pociąg, a w tle widzimy majestatyczną Fujisan. To pierwszy powojenny amerykański film, do którego zdjęcia w całości nakręcono w Japonii. Do miana pierwszego pretenduje także wcześniejszy „Tokyo Joe”, o którym już pisałam (tutaj), jednak na jego potrzeby tylko kilka plenerów zostało sfilmowanych w Tokyo, a aktorzy odgrywali swoje role już w studio w Los Angeles.

bamboo03

W pierwszej scenie „House of Bamboo” pociąg zostaje zatrzymany i obrabowany przez niezidentyfikowany gang. Łupem jest skład broni i amunicji, a podczas akcji z rąk rabusiów ginie amerykański wojskowy. W związku z tym dla japońskiej policji sprawa ta ma najwyższy priorytet i wymaga współpracy z amerykańskimi śledczymi wojskowymi.

Policja zyskuje istotny trop, kiedy w kolejnej scenie przesłuchuje umierającego na stole operacyjnym mężczyznę, którego raniła kula pochodząca ze skradzionego składu. W jego rzeczach policjanci znajdują zdjęcie Japonki, która okazuje się być jego żoną Mariko (Shirley Yamaguchi) i list od przyjaciela Eddiego Spaniera, który zapowiada swój przyjazd do Tokyo.

Trzy tygodnie później ze statku z San Francisco schodzi na japoński ląd Eddie Spanier (Robert Stack), odnajduje przerażoną Mariko i obiecuje jej rozwikłać przyczyny śmierci jej męża. Stopniowo zanurza się w półświatek amerykańskich zbirów, którzy wyłudzają haracze z salonów pachinko, poznaje ich bossa Sandy’ego Dawsona (Robert Ryan) i jest coraz bliższy poznania prawdy… Film ogląda się bardzo dobrze, trzyma w napięciu, a w między czasie na widzów czeka kilka fabularnych niespodzianek, co jest jego dużą zaletą.

Ale do rzeczy, czyli do Japonii. Sposób, w jaki Fuller portretuje Japonię, jest dość powierzchowny i niepozbawiony stereotypów, warto jednak film zobaczyć przede wszystkim dlatego, że jest to bodaj pierwszy obraz nakręcony w Japonii w technologii CinemaScope. Dzięki operatorowi Joe McDonaldowi mamy do czynienia z jednymi z najlepszych zdjęć szerokoekranowych w historii kina tamtej epoki. Kino japońskie w tamtym czasie opierało się jeszcze na klasycznym czarno-białym formacie, więc zdjęcia panoramiczne w kolorze z tamtego okresu są raczej rzadkością. Co warte dodatkowego podkreślenia, wcześniej amerykańska publiczność bardzo rzadko miała okazję zobaczyć na ekranie japońskie scenerie – filmy japońskie w tym czasie dopiero zaczynały międzynarodową karierę.

bamboo1W „House of Bamboo” mamy zachwycającą w pierwszej scenie górę Fuji w zimowej aurze, historycznie interesujące zdjęcia portu w Yokohamie i rzeki Sumidy. Asakusa jest szeroko portretowana, chociaż trudno rozpoznać te okolice. Wśród smaczków jest także niezmienny Wielki Budda w Kamakurze i wnętrza dawnych salonów pachinko, które (co mnie zaskoczyło) miały szyldy z napisem PATYNKO – czy to wynik amerykańskiej okupacji, błąd, czy przypadek – nie wiem.

Portretując Japończyków, Fuller przyjmuje perspektywę „amerykańskiego turysty”. Postaci amerykańskie, które przeważają w filmie, są kulturowymi ignorantami i do wszystkich mówią po angielsku oczekując, że zostaną zrozumiani. Eddie Spanier po zejściu na japoński ląd w pierwszej kolejności pyta, czy ktoś tu mówi po angielsku, a chodząc po salonach pachinko szuka ich szefów pytając sugestywnie obsługę “Where’s the number one boy?”…

Jedyna znacząca rola japońska przypada Shirley Yamaguchi (Yoshiko Ōtaka), która świetnie mówi po angielsku. To urodzona w Chinach japońska aktorka, która zrobiła sporą międzynarodową karierę. W Chinach znana jest jako Li Xianglan zwłaszcza z występów śpiewanych, w Japonii natomiast zrobiła karierę polityczną i prze wiele lat zasiadała w parlamencie. W filmie występuje także epizodycznie Sessue Hayakawa jako inspektor tokijskiej policji, jednak jest dubbingowany (po angielsku) i do tego dość nieudolnie.

W filmie gra poza tym wielu Japończyków, ale stanowią raczej tło akcji. Podobnie w tle dość szeroko rozbrzmiewa język japoński, który nie jest tłumaczony, co dodaje filmowi pewnego smaku. Kobiety są pokazane stereotypowo. Zastanawiający jest dla mnie termin „kimono girl” używany przez Amerykanów, nie spotkałam się z nim wcześniej i też jego znaczenie nie jest dla mnie do końca jasne. Trudno mi się odnieść, czy to formułka stworzona na potrzeby filmu, czy autentyczny termin używany przez Amerykanów w powojennej Japonii.

Jedną z najlepszych scen w filmie jest przyjęcie z okazji udanego napadu, na którym Japonki najpierw wykonują tradycyjne japońskie układy taneczne, by po chwili rzucić się w wir swingu z Amerykanami. Ciekawy jest wątek relacji Eddie – Mariko, który toczy się nie aż tak szablonowo, jakbyśmy się tego mogli spodziewać, a na uwagę zasługuje urocza scena kąpieli i śniadania :)
7916-oeuvrebambooNajbardziej w pamięci zapada jednak finałowa sekwencja obławy i pojedynku między głównymi bohaterami w wesołym miasteczku na wielkiej kręcącej się platformie z makietą kuli ziemskiej z panoramą miasta w tle – imponujące i w tamtych czasach na pewno zrobiło furorę, zwłaszcza dzięki wspomnianej technologii CinemaScope. W samym trailerze widzimy, jaka to była nowość! :)

Zbierając własne przemyślenia, muszę napisać, że film mnie w dużym stopniu urzekł. Przede wszystkim dlatego, że, mimo rozmachu, koloru i szerokiego ekranu nosi jeszcze znamiona mojego ulubionego kina noir. Podobał mi się scenariusz, reżyser ciekawie prowadził historię – były zwroty akcji i sporo emocji. Dzisiejszego widza z oczywistych względów ten film ma prawo nie zachwycić, ale kiedy zdamy sobie sprawę z wagi tej realizacji w latach 50-tych ubiegłego wieku, może się okazać, że zrobi na nas wrażenie – polecam :)

Moja ocena: 7/10

Ciekawie o filmie także tutaj:
http://www.northwestchicagofilmsociety.org/2012/07/16/moving-pictures-that-move-house-of-bamboo-in-cinemascope/
http://nishikataeiga.blogspot.com/2011/03/house-of-bamboo-1955.html
http://www.noiroftheweek.com/2010/10/house-of-bamboo-1955.html

Wolverine w Japonii

the-wolverine-poster-428x600Wolverine w Japonii! Na tę wieść ucieszyłam się co nie miara, bo uwielbiam (!) wszelkie komiksowe stwory w kinie i nie rozumiem, czemu to niektórych dziwi :D, a w połączeniu z Japonią to już absolutne ‚must see’.

Nie porywam się na pisanie szczegółowej recenzji z dwóch powodów:
– zostawmy to specjalistom gatunku i komiksowym znawcom (żadnego komiksu Marvela czy DC Comics w życiu nie miałam w rękach)
– traktuję tego typu filmy w kategoriach czysto rozrywkowych i oceniam praktycznie zero-jedynkowo (rozrywka była/nie było), bo gdybym włączyła swoją czepialską kinową miarę, musiałabym je ocenić słabo, a tego nie chcę :)

W „Wolverine” rozrywka była! :) Nie poszybowała wysoko, ale przyjemnie spędziłam te dwie godziny w kinie. Hugh Jackman jest chyba najlepiej dobranym aktorem wśród wszystkich grających superbohaterów i niezmiennie uwielbiam go oglądać w kolejnych odsłonach. (Ta część bardziej podobała mi się od „Genezy”.)

Japonia jest pokazana komiksowo pięknie i oczywiście stereotypowo – nie jestem zdziwiona. Mamy kilka smaczków, takich jak Wolverine popełniający faux pas przy jedzeniu pałeczkami, ulice Tokyo i dworzec Ueno (swoją drogą bohaterowie spod Tokyo Tower do stacji Ueno raczej szybko by na piechotę nie doszli i też po co iść tak daleko? – jakieś 8 km), czy scena w świątyni Zōjō-ji (więcej na ten temat tutaj), ale to niewiele dla tych, którzy polują na japońskie akcenty. Zdenerwowałam się tylko po raz kolejny tym, że sama przy świątyni Zōjō-ji byłam, ale podeszłam od złej strony, którędy nie można było wchodzić, a nie miałam wystarczająco czasu, żeby robić kółko i zrezygnowałam :/ Mam więc tylko zdjęcie z góry (z Tokyo Tower) i z tyłu. Następnym razem… :)

zojoji-horzBardzo dobra, rzeczowa recenzja tutaj, jednak nie byłabym tak surowa, jak jej autor. W wielu punktach się z nią zgadzam, ale oczekiwania chyba miałam inne. „Do obejrzenia bardziej z zapijanym colą hamburgerem, niż sushi i sake.” Tak, ale nic w tym złego! :) Polecam!

Moja ocena: 7/10 w mierze rozrywkowej :)

Wolverine-in-Japan

„Przyjdź zobaczyć raj” – Japończycy w USA podczas II wojny światowej

come_see_the_paradiseByło już filmowo o małżeństwach amerykańsko-japońskich w powojennej Japonii (tutaj). Teraz jestem świeżo po seansie filmu „Przyjdź zobaczyć raj”, który w 1990 roku wyreżyserował Alan Parker (napisał także scenariusz). Realia, w jakich osadzona jest fabuła, dają obraz życia Amerykanów pochodzenia japońskiego w latach 40-tych XX wieku.

Rzecz rozpoczyna się w Little Tokyo w Los Angeles, gdzie młody Amerykanin Jack McGurn (Dennis Quaid) zdobywa serce Amerykanki japońskiego pochodzenia Lily Kawamura. Ojciec dziewczyny nie akceptuje tego związku, więc młodzi uciekają razem do Seattle, aby się pobrać (tam nie było to zakazane) i tak mija kilka lat. Kiedy roznosi się wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor, życie Japończyków w USA zmienia się diametralnie. Lily wraca do Little Tokyo, by być blisko rodziny, którą wkrótce czeka wysiedlenie do obozu…

Muszę przyznać, że o obozach dla Amerykanów pochodzenia japońskiego nie miałam najmniejszego pojęcia, więc film stał się dla mnie inspiracją do zgłębienia tematu.

Sięgając nieco wstecz: znaczące migracje Japończyków do USA rozpoczęły się w następstwie politycznych, kulturalnych i społecznych zmian, które niosła ze sobą Restauracja Meiji (1868 r.). Japonia weszła w fazę szybkiej modernizacji i otworzyła się na wpływy Zachodu. Część Japończyków podjęła wówczas decyzję o emigracji. Ci, którzy wybrali Stany Zjednoczone, osiadali głównie na Hawajach i Zachodnim Wybrzeżu. W 1924 roku zakazano dalszej imigracji do USA, co spowodowało ukształtowanie wyraźnych grup-generacji imigrantów: Issei (一世, pierwsi imigranci do 1924 r.), Nisei (二世, dzieci Issei) i Sansei (三世, trzecia generacja, dzieci Nisei). Zakaz imigracji zniesiono dopiero w 1965 roku.

Władze USA nie nadawały praw obywatelskich przedstawicielom Issei, nie mogli oni głosować ani posiadać nieruchomości. W Kaliforni i innych zachodnich stanach przed II wojną światową podejmowano próby legalizacji małżeństw mieszanych, jednak były one odrzucane przez Sąd Najwyższy. Mimo tych obostrzeń, Japończycy w Ameryce przed wojną wiedli podobny żywot jak obywatele USA.

JapaneseAmericanGrocer1942

Sklep Amerykanina pochodzenia japońskiego z napisem Jestem Amerykaninem, źródło: Wikipedia

Sytuacja uległa drastycznej przemianie po japońskim nalocie na amerykańską bazę floty i lotnictwa Pearl Harbor w grudniu 1941 roku. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, a prezydent Franklin Delano Roosevelt (19 lutego 1942 roku) podjął decyzję o izolacji osób pochodzenia japońskiego żyjących na terytorium USA.

Uzasadnieniem dla takich działań miała być dbałość o bezpieczeństwo narodowe, przy czym warto podkreślić, że kryterium izolacji była rasa i pochodzenie, wszyscy Japończycy zostali uznani za potencjalne zagrożenie niezależnie od tego, czy były na to jakieś dowody. Wielu z Nisei nie znało nawet języka japońskiego, czuli się Amerykanami.

Podczas wojny, ponad 110,000 Amerykanów pochodzenia japońskiego zostało internowanych w dziesięciu obozach na terenie USA, zlokalizowanych głównie na zachodzie kraju. Całe rodziny z dziećmi były zmuszane do opuszczenia swoich domów, mogli zabrać ze sobą tylko to, co zdołali unieść.

japanese-internment-camp-3

Obozy były strzeżone i otoczone drutem kolczastym. Stanowiły samowystarczalne społeczności, ze szpitalami, szkołami i nawet pewną formą demokratycznego samorządu. Na rodzinę przypadało jedno wydzielone pomieszczenie w baraku. Każda izba była wyposażona w materace, koce, piec i światło. Pralnia, łaźnia i jadalnia były wspólne. Obóz oferował kilka opcji zatrudnienia, zarobki jednak były bardzo niskie.

Konstytucyjność instytucji obozów była kwestionowana w zasadzie od momentu, w którym powstały, jednak dopiero w grudniu 1944 roku sąd zarządził, że w obozach nie mogą być zatrzymani ci, którzy udowodnili swoją lojalność wobec Stanów Zjednoczonych. Stopniowo likwidowano obozy, dla wielu jednak powrót był trudny, nie mieli do czego wracać.

Dopiero w 1988 roku Kongres oficjalnie przyznał, że przesiedlenia i izolacja Amerykanów pochodzenia japońskiego w obozach były wynikiem „uprzedzeń rasowych” i „wojennej histerii”. Wypłacono ponad 1,6 miliarda dolarów odszkodowań internowanym i ich potomkom.

Wracając do samego filmu, ogląda się go całkiem dobrze. Urzeka zwłaszcza muzyka, która potęguje emocje. Najważniejsze jednak jest, że oprócz głównego wątku miłosnego, w znakomicie pokazanym tle widzimy wstrząsający kawałek amerykańsko-japońskiej historii. Warto zobaczyć.

Więcej o historii obozów np. tutaj

Marlon Brando jako Japończyk

http://24.media.tumblr.com/tumblr_l0xo1kSymz1qb0ssjo1_500.jpgUwielbiam amerykańskie kino lat 40-tych i 50-tych, więc kiedy natknęłam się na film z 1956 roku z Marlonem Brando, w dodatku grającym Japończyka (!), nie mogłam się oprzeć.

„Herbaciarnia Pod Księżycem” (The Teahouse of the August Moon) powstała na podstawie sztuki Johna Patricka i książki Verna Sneidera. To komedia, której akcja rozgrywa się w powojennej Japonii na wyspie Okinawa. Kapitan Fisby otrzymuje rozkaz, by w małej wiosce Tobiki wprowadzić amerykański model demokracji. Zostaje wyposażony w grubą księgę ze wskazówkami, jakie kroki powinien podjąć (w pierwszej kolejności ma wybudować szkołę w kształcie Pentagonu…). W porozumiewaniu się z miejscową ludnością pomaga mu oficjalny tłumacz – Japończyk Sakini (Brando). Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem i mieszkańcy zamiast szkoły… budują herbaciarnię i produkują brandy:)

Moje wrażenia? Film był śmieszny tylko momentami i ogółem nieco rozczarował, ale w ciekawy sposób sportretowano amerykańską armię, która na każdym kroku udowadnia nieznajomość kultury japońskiej i to rzeczywiście nieco bawi (choć żenuje także). W sieci przeczytałam, że „Herbaciarnia…” została uznana przez krytykę i publiczność za doskonały film rozrywkowy, co mnie osobiście zaskoczyło. Niemniej jednak warto obejrzeć ze względu na rewelacyjną rolę Marlona Brando, którego charakteryzacja, głos i akcent są bezkonkurencyjne. Podobno wielu widzów po seansie domagało się zwrotu pieniędzy za bilet, gdyż, według nich, Brando w ogóle nie pojawił się na ekranie. Ja również muszę przyznać, że przez pierwsze minuty nie mogłam uwierzyć w to, co widzę i z niepewnością wypatrywałam Brando w kolejnych scenach. Tylko barwa głosu ostatecznie zdradza jego tożsamość. Grana przez niego postać jest kluczowym ogniwem w przedstawionej historii, pełni też poniekąd funkcję narratora, który wprowadza nas w historię i wskazuje kilka różnic między Ameryką a Japonią. Podsumowując, polecam jako ciekawostkę Japanofilom, ale nie jako must see kinomaniakom.

936full-the-teahouse-of-the-august-moon-photo

Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Blog o Azji Wschodniej... i nie tylko

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan Blog - Tokyo Osaka Nagoya Kyoto

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: