Bentō z liskiem Inari :) (036)

Zapragnęłam liska w bentō – zrobiłam liska :) Inspirację oczywiście stanowiła tabliczka ema ze świątyni Fushimi Inari niedaleko Kyoto. Jak już kiedyś pisałam, nie zostawiłam mojego liska w świątyni, tylko wrócił ze mną do Polski i cieszy moje oczy niezmiennie!
DSC_0085Lisek w bentō to nic innego jak trójkątne onigiri z uszkami z marchewki i oczkami z nori :) Oprócz liska w dzisiejszym pudełku futomaki i hosomaki w ilości, obawiam się, nie do przejedzenia :) Konfiguracje przeróżne ze składników: łosoś gotowany na parze, surimi podsmażone minutkę z czosnkiem, awokado, kanpyō, tamagoyaki, marchewka, sałata, szczypiorek i majonez japoński i czarny sezam. Na deser jeszcze matcha czekolada z Marumoto i jagódki goji.

DSC_0131Lisy zenko są wysłannikami bóstwa Inari i bardzo wiele ich wizerunków spotkamy w każdej świątyni poświęconej temu bóstwu. Są urocze.

DSC01766Krz też dostał dziś pudełko, mniejsze i bez liska, ale za to z serduszkiem :)

DSC_0137Dobrego dnia! Dobrego weekendu!

Reklamy

Japonia pierwszy raz na szerokim ekranie – House of Bamboo (1955)

„This film was photographed in Tokyo, Yokohama and the Japanese country side.
The year is 1954.”

Takie słowa słyszymy na początku filmu „House of Bamboo” (reż. Samuel Fuller), kiedy w kadrze pojawia się jadący pociąg, a w tle widzimy majestatyczną Fujisan. To pierwszy powojenny amerykański film, do którego zdjęcia w całości nakręcono w Japonii. Do miana pierwszego pretenduje także wcześniejszy „Tokyo Joe”, o którym już pisałam (tutaj), jednak na jego potrzeby tylko kilka plenerów zostało sfilmowanych w Tokyo, a aktorzy odgrywali swoje role już w studio w Los Angeles.

bamboo03

W pierwszej scenie „House of Bamboo” pociąg zostaje zatrzymany i obrabowany przez niezidentyfikowany gang. Łupem jest skład broni i amunicji, a podczas akcji z rąk rabusiów ginie amerykański wojskowy. W związku z tym dla japońskiej policji sprawa ta ma najwyższy priorytet i wymaga współpracy z amerykańskimi śledczymi wojskowymi.

Policja zyskuje istotny trop, kiedy w kolejnej scenie przesłuchuje umierającego na stole operacyjnym mężczyznę, którego raniła kula pochodząca ze skradzionego składu. W jego rzeczach policjanci znajdują zdjęcie Japonki, która okazuje się być jego żoną Mariko (Shirley Yamaguchi) i list od przyjaciela Eddiego Spaniera, który zapowiada swój przyjazd do Tokyo.

Trzy tygodnie później ze statku z San Francisco schodzi na japoński ląd Eddie Spanier (Robert Stack), odnajduje przerażoną Mariko i obiecuje jej rozwikłać przyczyny śmierci jej męża. Stopniowo zanurza się w półświatek amerykańskich zbirów, którzy wyłudzają haracze z salonów pachinko, poznaje ich bossa Sandy’ego Dawsona (Robert Ryan) i jest coraz bliższy poznania prawdy… Film ogląda się bardzo dobrze, trzyma w napięciu, a w między czasie na widzów czeka kilka fabularnych niespodzianek, co jest jego dużą zaletą.

Ale do rzeczy, czyli do Japonii. Sposób, w jaki Fuller portretuje Japonię, jest dość powierzchowny i niepozbawiony stereotypów, warto jednak film zobaczyć przede wszystkim dlatego, że jest to bodaj pierwszy obraz nakręcony w Japonii w technologii CinemaScope. Dzięki operatorowi Joe McDonaldowi mamy do czynienia z jednymi z najlepszych zdjęć szerokoekranowych w historii kina tamtej epoki. Kino japońskie w tamtym czasie opierało się jeszcze na klasycznym czarno-białym formacie, więc zdjęcia panoramiczne w kolorze z tamtego okresu są raczej rzadkością. Co warte dodatkowego podkreślenia, wcześniej amerykańska publiczność bardzo rzadko miała okazję zobaczyć na ekranie japońskie scenerie – filmy japońskie w tym czasie dopiero zaczynały międzynarodową karierę.

bamboo1W „House of Bamboo” mamy zachwycającą w pierwszej scenie górę Fuji w zimowej aurze, historycznie interesujące zdjęcia portu w Yokohamie i rzeki Sumidy. Asakusa jest szeroko portretowana, chociaż trudno rozpoznać te okolice. Wśród smaczków jest także niezmienny Wielki Budda w Kamakurze i wnętrza dawnych salonów pachinko, które (co mnie zaskoczyło) miały szyldy z napisem PATYNKO – czy to wynik amerykańskiej okupacji, błąd, czy przypadek – nie wiem.

Portretując Japończyków, Fuller przyjmuje perspektywę „amerykańskiego turysty”. Postaci amerykańskie, które przeważają w filmie, są kulturowymi ignorantami i do wszystkich mówią po angielsku oczekując, że zostaną zrozumiani. Eddie Spanier po zejściu na japoński ląd w pierwszej kolejności pyta, czy ktoś tu mówi po angielsku, a chodząc po salonach pachinko szuka ich szefów pytając sugestywnie obsługę “Where’s the number one boy?”…

Jedyna znacząca rola japońska przypada Shirley Yamaguchi (Yoshiko Ōtaka), która świetnie mówi po angielsku. To urodzona w Chinach japońska aktorka, która zrobiła sporą międzynarodową karierę. W Chinach znana jest jako Li Xianglan zwłaszcza z występów śpiewanych, w Japonii natomiast zrobiła karierę polityczną i prze wiele lat zasiadała w parlamencie. W filmie występuje także epizodycznie Sessue Hayakawa jako inspektor tokijskiej policji, jednak jest dubbingowany (po angielsku) i do tego dość nieudolnie.

W filmie gra poza tym wielu Japończyków, ale stanowią raczej tło akcji. Podobnie w tle dość szeroko rozbrzmiewa język japoński, który nie jest tłumaczony, co dodaje filmowi pewnego smaku. Kobiety są pokazane stereotypowo. Zastanawiający jest dla mnie termin „kimono girl” używany przez Amerykanów, nie spotkałam się z nim wcześniej i też jego znaczenie nie jest dla mnie do końca jasne. Trudno mi się odnieść, czy to formułka stworzona na potrzeby filmu, czy autentyczny termin używany przez Amerykanów w powojennej Japonii.

Jedną z najlepszych scen w filmie jest przyjęcie z okazji udanego napadu, na którym Japonki najpierw wykonują tradycyjne japońskie układy taneczne, by po chwili rzucić się w wir swingu z Amerykanami. Ciekawy jest wątek relacji Eddie – Mariko, który toczy się nie aż tak szablonowo, jakbyśmy się tego mogli spodziewać, a na uwagę zasługuje urocza scena kąpieli i śniadania :)
7916-oeuvrebambooNajbardziej w pamięci zapada jednak finałowa sekwencja obławy i pojedynku między głównymi bohaterami w wesołym miasteczku na wielkiej kręcącej się platformie z makietą kuli ziemskiej z panoramą miasta w tle – imponujące i w tamtych czasach na pewno zrobiło furorę, zwłaszcza dzięki wspomnianej technologii CinemaScope. W samym trailerze widzimy, jaka to była nowość! :)

Zbierając własne przemyślenia, muszę napisać, że film mnie w dużym stopniu urzekł. Przede wszystkim dlatego, że, mimo rozmachu, koloru i szerokiego ekranu nosi jeszcze znamiona mojego ulubionego kina noir. Podobał mi się scenariusz, reżyser ciekawie prowadził historię – były zwroty akcji i sporo emocji. Dzisiejszego widza z oczywistych względów ten film ma prawo nie zachwycić, ale kiedy zdamy sobie sprawę z wagi tej realizacji w latach 50-tych ubiegłego wieku, może się okazać, że zrobi na nas wrażenie – polecam :)

Moja ocena: 7/10

Ciekawie o filmie także tutaj:
http://www.northwestchicagofilmsociety.org/2012/07/16/moving-pictures-that-move-house-of-bamboo-in-cinemascope/
http://nishikataeiga.blogspot.com/2011/03/house-of-bamboo-1955.html
http://www.noiroftheweek.com/2010/10/house-of-bamboo-1955.html

Totoro na Węgrzech

Czas na ostatni wpis związany z urlopem na Węgrzech, ten „pół żartem, pół serio”, czyli kolejną odsłonę cyklu „Totoro w podróży” ;) Przygód było co nie miara, a Totoro dzielnie nam towarzyszył. Raz tylko zniknął tajemniczo, co prawie przyprawiło mnie o zawał, ale znalazł się, schowany pod fotelem w samochodzie – bezczelny.

Większą część wyjazdu spędziliśmy w okolicach północnego brzegu Balatonu, raz po raz leniąc się i zwiedzając. Balaton urzekł całą naszą trójkę, ale to Totoro dumnie prężył się na jego tle – pozowaniu nie było końca!
balaton_totoroW trakcie plażowania langosz-olbrzym ze śmietaną i serem – rzecz niezbędna! Totoro figurą się nie przejmuje… Niestraszne mu też najostrzejsze papryczki.

langos_papryczkiZabraliśmy malucha na półwysep Tihany – przepiękne widoki i urokliwe zakątki! Sprawdził, czy na wzgórzu rzeczywiście jest echo i zachwycił się źródełkiem Cypriana – w końcu w lesie czuł się jak ryba w wodzie :)
tihanyZagustował w lokalnym piwie lawendowym (my też!) i uparł się, że z lawendą mu do twarzy :)
lawendaPółnocny brzeg Balatonu, oprócz lawendy, słynie też z wina – jedyny dzień niepogody postanowiliśmy wykorzystać na zwiedzenie winnic Badacsony, a raczej ich piwnic :) Deszcz, nie deszcz, Totoro zdjęcie musiał mieć.
winniceWisienką na wyjazdowym torcie miał być Budapeszt. I był :) W ciągu trzech turbodni zwiedziliśmy imponujący kawał miasta. Totoro, zasapany, ledwo dotrzymywał kroku i unikał zdjęć… Kilka jednak udało się pstryknąć :)
Na tle panoramy miasta z Wzgórza Gellerta – fotka obowiązkowa.
budapeszt_widokiW Muzeum Tansportu – w starym pociągu i na tle klasyki motoryzacji… Tak, zrobiłam to dla chłopców :)
budapeszt_muzeumNo i wcisnął się… w pomnik symbolizujący połączenie Budy i Pestu (przepiękny zresztą).
budapeszt_pomnikiAch, Budapeszcie, wrócimy! Nie tylko do Marumoto :)

DSC_0099

Muzeum Sztuk Azji Wschodniej im. Ferenca Hoppa w Budapeszcie

DSC_0100Ostatnim japonizującym miejscem, jakie odwiedziliśmy w Budapeszcie, było Muzeum Sztuk Azji Wschodniej im. Ferenca Hoppa. Miejsce to powstało w 1919 roku, ufundowane przez Ferenca Hoppa tuż przed jego śmiercią, w należącej do niego willi, przy jednej z najważniejszych i najpiękniejszych ulic Budapesztu – Andrássy út. Hopp był zapalonym podróżnikiem, kolekcjonerem i mecenasem sztuki. Japonię odwiedził trzykrotnie, odbył także liczne podróże do Afryki, na Bliski Wschód i do obu Ameryk. Muzeum rozpoczęło działalność ze zbiorem 4000 przedmiotów, które Hopp podarował skarbowi państwa. Dziś zbiory liczą ponad 23.000 obiektów związanych ze sztuką chińską, japońską, indyjską, wschodnio-południowej Azji, nepalską, tybetańską, mongolską i koreańską. Obecnie w willi Ferenca Hoppa prezentowane są głównie wystawy czasowe, natomiast ekspozycje stałe znajdują się kilka przecznic dalej willi György Rátha.*

Do muzeum poszliśmy trochę na „chybił trafił”, bo w Internecie, podobnie jak w przypadku ogrodu japońskiego, na ten temat znaleźliśmy niewiele, ale na miejscu okazało się, że trafiliśmy świetnie, ponieważ właśnie trwała czasowa wystawa „Szamurájok és gésák”, czyli samuraje i gejsze. Można było obejrzeć tradycyjne stroje wraz z ozdobami i trochę broni, a także współczesną biżuterię węgierską inspirowaną tą japońską. Połączenie moim zdaniem trochę nietrafione, bo wystawa była w całości niewielka i odniosłam wrażenie, że części współczesnej przypadła rola „zapchajdziury”, ale może entuzjastów biżuterii coś zachwyci, ja do nich nie należę.

Wystawa obejmuje cztery sale:
Pierwsza poświęcona jest kulturze samurajów, gdzie pokazano zbroję i różne rodzaje broni, a także szczegóły uzbrojenia, takie jak tsuba, czyli element miecza ochraniający rękę.
DSC_0132-horzDSC_0145-horz2DSC_0140-horz3Druga sala gromadzi męskie akcesoria takie jak inrō, czyli tradycyjne kilkupoziomowe pudełka/sakiewki mocowane do pasa obi, służące do przechowywania drobnych przedmiotów, np. akcesoriów do palenia, lekarstw, pieczęci, tuszu itp.

DSC_0215-vertTu także owoce inspiracji Japonią współczesnych twórców biżuterii.
DSC_0152Zachwyciło mnie kilka pięknych suzuribako (szkatułka na przybory do kaligrafii).
_suzuribako
Trzecia sala skupia się na kostiumach kobiecych i dodatkach. I tak mamy trzy kimona, w tym jedno ślubne wraz z akcesoriami, a do tego kolekcja grzebieni i spinek do włosów.
DSC_0187-horz_suk DSC_0199-horz_2 DSC_0201-vert_3
W czwartej natomiast możemy zobaczyć świat dziecięcych zabawek, najsłabszą moim zdaniem część wystawy.
DSC_0127-vert+dz2 _dz
Willa, w której mieści się muzeum jest niewielka, a sama wystawa mieści się na jednym piętrze, więc zwiedzanie trwa raczej krótko i ogólnie zachwytów nie budzi. Niemniej jednak przy okazji, dla ciekawych – polecam. Wystawa trwa do 3 listopada, a bilet wstępu (normalny) kosztuje 1000 HUF (około 15 zł), dodatkowo pobierana jest opłata 500 HUF za możliwość robienia zdjęć.

* Na podstawie http://www.budapeszt.infinity.waw.pl/
Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Blog o Azji Wschodniej... i nie tylko

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan Blog - Tokyo Osaka Nagoya Kyoto

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: