„Pochwała cienia” – japońska estetyka w słowach [recenzja osobista]

15069144_1168690296551586_1269805635722529485_o

Często jestem pytana, co mnie tak urzeka w Japonii i odpowiedź zawsze sprawia mi pewien kłopot. Trudno jest bowiem ubrać w słowa te powody, tak aby rozmówca poczuł choć w ułamku to, co ja czuję na dźwięk słowa „Japonia”. Zawsze jednak po chwili, trochę z rezygnacją (bo wiem, że samo hasło to za mało), ale zarazem zupełnie bez fałszu, mówię: przede wszystkim japońska estetyka.

Gdy dowiedziałam się o wydaniu eseju Jun’ichiro Tanizakiego, natychmiast zapragnęłam przeczytać „Pochwałę cienia”. Już śledząc przedmowę Henryka Lipszyca (który także przetłumaczył to 76-ciostronicowe dziełko), czułam, że to będzie ważna lektura. W centralnym punkcie swoich rozważań Japończyk umieszcza właśnie japońską estetykę.

Posługując się kategoriami światła i cienia opisuje otaczającą go różnorodną rzeczywistość pierwszej połowy XX wieku (esej powstał w 1933 roku). W wyjątkowy sposób opowiada nam o dawnym budownictwie, wyrobach z laki, japońskim papierze, kostiumach aktorów teatru nō, czy japońskich kobietach. Jego opisy urzekają uważnością na detale, przenikliwością, która w niecodzienny sposób porusza wyobraźnię i, co wydawało się być niemożliwe, uchwyca w moim odczuciu esencję japońskiej estetyki. Styl, w jakim Tanizaki ukazał tradycyjny japoński wychodek (kawaya), jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi, to istne arcydzieło.

Odbiorca zapewne uśmiechnie się czytając: „(…) nie ma chyba drugiego takiego miejsca, które dostarcza tyle przyjemności co japońska ubikacja.”, jednak idąc dalej nie sposób nie nabrać powagi: „Otoczeni tchnącymi spokojem deskami ścian i drewnem o ładnie postarzałej fakturze, możemy podziwiać barwę nieba i liście drzew. Muszą wszakże, jak wspomniałem, być bezwzględnie spełnione pewne warunki: odpowiedni stopień półmroku, absolutna czystość i cisza tak głęboka, żeby dało się słyszeć brzęczenie komara. (…) Doprawdy wychodek to wymarzone miejsce do słuchania brzęczenia owadów i śpiewu ptaków, świetnie się też nadaje do podziwiania poświaty księżyca albo smakowania mono-no-aware o każdej porze roku.”*

fullsizerender

W niecodzienny sposób autor porównuje wschodni i zachodni sposób życia. Zestawia nie tylko domowe wnętrza, ale też ogólnie architekturę, ogrodnictwo, ba, nawet duchy! I za każdym razem odnosi się do kategorii cienia. Ujęcie w niej nawet kobiecego tradycyjnego ubioru, który „traktowany był jedynie jako przedłużenie mroku, jako łącznik między mrokiem a twarzą”** jest dla mnie jednym z największych zaskoczeń tej lektury. Niemniej jednak, ku zdziwieniu, to wszystko układa się w sensowną pochwałę cienia.

Jednym z jej wielu przykładów może być ten fragment: „Na Zachodzie ludzie posługują się sztućcami i naczyniami ze srebra, stali, cyny i czyszczą je do połysku. Nas to świecenie razi. Jeśli nawet zdarza się nam używać srebrnych czajniczków (…) nie czyścimy ich. Przeciwnie, doznajemy przyjemności dopiero na widok przedmiotu, który z czasem traci połysk i pokrywa się warstwą ciemnej, okopconej patyny. (…) Nie twierdzę, że nie lubimy niczego, co błyszczy, ale prawdą jest, że nad tani połysk przedkładamy głębokie półcienie. (…) Lubimy koloryt i połysk śladów przywołujących na myśl dawne zdarzenia, których są pamiątką. Przebywanie w wiekowych domostwach, pośród starych sprzętów w zadziwiający sposób przynosi nam spokój i koi nasze nerwy.”***

Tanizaki rozważa też i próbuje pokazać nam przyczynę takiego stanu rzeczy. „Skąd biorą się takie różnice w upodobaniach? Myślę, że istnieje w naszym usposobieniu skłonność do godzenia się z zastaną rzeczywistością, że szukamy zadowolenia w otoczeniu, w którym przyszło nam żyć. Ciemność w związku z tym nie budzi naszego protestu, przyjmujemy ją z rezygnacją, świadomi, że i tak nic nie poradzimy. Trudno – mało światła, to mało światła; zanurzeni w mroku, odkrywamy w nim, na przekór, szczególne piękno.”****

Od teraz na pytanie, co mnie tak urzeka w Japonii, mogę spokojnie odpowiadać: „Przeczytaj Pochwałę cienia”, a być może to poczujesz. Oczywiście jako człowiekowi Zachodu „niestety” marzą mi się wielkie okna i tyle słońca we wnętrzu ile się tylko da, ale ukochałam Japonię właśnie za tą przestrzeń dla uważności, za ten detal, za wyższość starego, nawet zniszczonego nad nowym, za odnajdowanie niezwykłości w tym, co zwykłe najbardziej. Książka Tanizakiego to najpiękniejszy hymn dla tego wszystkiego, jaki czytałam.

Doznajcie.

________

Jun’ichirō Tanizaki, Pochwała cienia, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

*str. 17-18
** str. 56
*** str. 27-29
**** str. 60

Reklamy

Czy przeżyłam pinku eiga na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków?

mtg_001-jpg_standaObawiałam się tego filmu. Przegląd „różowego kina”* japońskiego na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty w 2011 roku nie pozostawił mnie obojętną. Obejrzałam wówczas pięć filmów, które z jednej strony zachwyciły mnie fabularną (absurdalną) pomysłowością, z drugiej pozostawiły z poczuciem przekroczenia mojej granicy smaku i komfortu (pamiętam osoby masowo wychodzące z sali). Minęło jednak kilka lat i licząc na pozytywne zaskoczenie zdecydowałam się zweryfikować, ile prawdy jest w zapowiedzi „Dziewczyny w technikolorze” Reia Sakamoto. Według niej film powstał jako efekt poszukiwań „nowych pól twórczej realizacji” pogrążonej w kryzysie branży pinku eiga. Wystarczająco intrygująco.

Bohaterem jest Nagano, który po 40 latach bezpodstawnej izolacji w szpitalu psychiatrycznym w Fukushimie odzyskuje wolność podczas ewakuacji w marcu 2011 roku. Jako że nie ma bliskich, którzy by na niego czekali, postanawia odnaleźć swoją pierwszą (i jedyną) partnerkę seksualną. Mówi, że „pamięta tylko ją”. Udaje się do Tokyo, z czym naturalnie wiążą się różne „przygody”.

Drogę do Tokyo przetrwałam…(choć była na przemian nudna i odpychająca), i całe szczęście, bo w mieście powiało świeżością, pomysłem, a przede wszystkim emocją. Wspomnienie „pierwszego razu” pokazane w konwencji kina niemego – świetne, a scena, w której bohater wykonuje nieme karaoke to chwytająca za gardło rewelacja (bohater jest po operacji raka krtani i nie wydaje żadnych dźwięków). Nie brakuje w filmie momentów zabawnych, natomiast niejednoznaczna relacja między Nagano a odnalezioną kobietą i powściągliwie okazywane emocje między nimi wzmagają w widzu poruszenie.

Finalnie cieszę się z obecności na tym seansie (i mojej wytrwałości), bo ten film ma w sobie jednak coś pociągającego, niebanalnego, kinowo dla mnie rześkiego. Weszłam w tą historię ku własnemu zdziwieniu. Losy Nagano to w zasadzie zadatek na dobry dramat psychologiczny a nie film erotyczny. Pytanie tylko czy wtedy powstałby lepszy film? Myślę, że nie.

  • jap. pinku eiga – gatunek japońskiego kina erotycznego

PS. Na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków we Wrocławiu można było zobaczyć jeszcze „Gwiazdę szeptów” (reż Sion Sono) i ” Długie przeprosiny” (reż. Miwa Nishikawa) – oba niestety nieco dla mnie rozczarowujące. Pierwszy, mimo urzekających czarno-białych kadrów, dłużył się na potęgę, drugi z zadatkiem na piękne kino „czystej emocji”, niestety przekroczył cienką granicę banału i zamiast wzruszyć, zirytował. Szkoda, że wrocławska replika Festiwalu jest niekompletna, w warszawskiej odsłonie filmów japońskich było dużo więcej. Może za rok się to zmieni? Widzowie są :)

Japońska sztuka współczesna we Wro Art Center

aki inomata in WroclawW minionym tygodniu spędziłam kilka inspirujących chwil we wrocławskim Centrum Sztuki Wro, gdzie odbyło się spotkanie z Aki Inomatą. Artystka (pośród innych Japończyków) prezentuje swoją twórczość na wystawie UTOPIE, przygotowanej w ramach międzynarodowego projektu Eco Expanded City, który „bada przedstawione na gruncie działań artystycznych i dizajnerskich wyobrażone i realne, przeszłe, historyczne już oraz potencjalne związki społeczeństwa, sztuki, natury i technologii, ukazując ich przenikanie się i zależności”.*

Aki Inomata urodziła się, żyje i tworzy w Tokio. W swoich działaniach koncentruje się na związkach między współczesną cywilizacją a naturą, chce ukazać ludzki świat w odwołaniach do zachowań żywych stworzeń, które „angażuje” do swoich projektów. Na spotkaniu opowiedziała o niektórych z nich.: girl, girl, girl…, I Wear the Dog’s Hair, and the Dog Wears My Hair Why Not Hand Over a “Shelter” to Hermit Crabs?. Rezultaty ostatniego można oglądać we Wrocławiu.

Inomata robi rzeczy w moim odczuciu dość niezwykłe. W pierwszej chwili podeszłam do nich ze sporym dystansem, finalnie jednak jej świat mnie urzekł. W projekcie  girl, girl, girl… gąsienicom ciem koszówek, które naturalnie tworzą sobie ochronne koszyczki z usłych liści i gałązek, „udostępniła” kawałki materiałów kobiecych ubrań. Gąsienice z czasem zaczęły ich używać i strojąc się niczym kobiety stworzyły sobie różnorodne, kolorowe pancerzyki (możecie zobaczyć je tutaj). Druga praca zaowocowała wytworzeniem dwóch ubrań: dla Aki ze zbieranej przez długi czas sierści jej psa i dla jej pupila – z włosów artystki. Gest ten miał podkreślić wagę relacji między człowiekiem a jego zwierzęcym kompanem (więcej o projekcie tutaj).

W kolejnym przedsięwzięciu Inomata, wykorzystując technologię tomografii komputerowej i druku 3D, stworzyła krabom pustelnikom wyjątkowe muszle-domy przypominające słynne miejsca i dzieła architektury (Tokio, Paryż, Nowy York i inne). Stworzenia zaadaptowały się do życia w nowych, przepięknych i urzekających skorupkach. Artystka w tej pracy porusza zagadnienia „tożsamości, narodowości, migracji, miejsca zamieszkania i coraz bardziej zacierającej się granicy między światem naturalnym, a tym zbudowanym”*.
IMG_3052Niezwykły projekt Why Not Hand Over a “Shelter” to Hermit Crabs? możecie zobaczyć w Centrum Sztuki Wro do 3 lipca. Polecam, bo piękne, a ponadto będziecie mogli zobaczyć jeszcze inne japońskie prace. Więcej szczegółów tutaj.

A o samej Aki możecie dowiedzieć się więcej na jej stronie: http://www.aki-inomata.com

*cyt. za wrocenter.pl

„Nasza młodsza siostra” Hirokazu Kore-edy – o kojącej bliskości

nasza młodsza siostra Hirokazu Kore-edaKilka dni temu miałam okazję zobaczyć przedpremierowo najnowszy film Hirokazu Kore-edy „Nasza młodsza siostra”. To kolejna, po dobrze przyjętej „Jak ojciec i syn”, historia nietypowej japońskiej rodziny w jego dorobku. Czy warto wybrać się do kina?

W nadmorskiej, niewielkiej Kamakurze żyją trzy siostry: Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho). Tworzą dość nietypową rodzinę – kilkanaście lat wcześniej porzucili je zarówno ojciec (odchodząc do innej kobiety), jak i matka (nie mogąc poradzić sobie z odejściem męża wyjechała na północ Japonii). Najstarsza Sachi była wówczas nastolatką i po śmierci babci to ona przejęła rolę głowy rodziny. Od dziecka mieszkają w tym samym starym, tradycyjnym domu.

Bohaterki poznajemy w momencie, w którym dowiadują się o śmierci ojca. Postanawiają pojechać na pogrzeb, gdzie poznają swoją właśnie osieroconą, przyrodnią młodszą siostrę Suzu (Suzu Hirose). Decydują się przyjąć ją pod swój dach i rozpoczyna się pełen subtelnych emocji proces adaptacji tej czwórki do nowej sytuacji, która staje się zarazem okazją do przepracowania ich rodzinnej traumy.

Mówi się, że Kore-eda jest mistrzem opowiadania o codzienności i mnie jego sposób prowadzenia historii zdecydowanie odpowiada. Akcja „Naszej młodszej siostry” toczy się niespiesznie, opiera się na subtelnie rysowanych niuansach w zwyczajnej rzeczywistości. Co dla niektórych może być zaskakujące, sytuacja w jakiej znalazły się bohaterki nie rodzi wyrazistych problemów czy konfliktów, nie ma tu też wielkich zwrotów akcji. Obserwujemy naturalne, powolne wychodzenie z traumy, którą bohaterki niewątpliwie przeżywają, ale którą ostatecznie potrafią przekuć w zacieśnienie więzi między sobą i wreszcie odnajdują spokój.

Pomagają im w tym rodzinne rytuały, takie jak wspólne gotowanie czy zrywanie śliwek, przygotowanie i wreszcie picie tradycyjnego śliwkowego wina, przesiadywanie na werandzie czy kameralnie przeżywany festiwal fajerwerków (hanabi). Nad dziewczynami czuwa w pewnym sensie duch babci, którą często wspominają i oddają jej cześć przy domowym ołtarzyku (butsudan). To ona nadała dobry kierunek ich trudnemu życiu, kiedy zostały opuszczone przez rodziców.

Podobnie jak w przypadku poprzedniego filmu Kore-edy uważam, że ten także mógłby być krótszy, choć „dłużył” się raczej przyjemnie. To świetna okazja do zatrzymania się na chwilę w naszej pędzącej codzienności. Film pozostawia widza w przyjemnym poczuciu, że każdy moment może być wartościowy, niekoniecznie musi być wyjątkowy, bo celebrować można każdą chwilę spędzaną z bliskimi.

Koniec filmu pozostawia bohaterki w zasadzie w miejscu, w którym były na początku z tą różnicą, że szczęśliwsze, spokojniejsze i bliższe sobie. „Nasza młodsza siostra” to intymny, pełen ciepła, refleksji i czułości piękny film o przebaczaniu. Dużo u Kore-edy sentymentalizmu, co dla niektórych może być trudne do zniesienia, ale jeśli wejdzie się w ten świat, można spędzić w nim rozgrzewające serce dwie godziny i wyjść z kina z delikatnym, naturalnym uśmiechem i z jakimś takim… ukojeniem.

Polecam!
Moja ocena: 7/10.

Zen w Kanazawie – D.T. Suzuki Muzeum

Wiedzieliście, kto przyczynił się do rozpowszechnienia idei buddyzmu zen na Zachodzie? Ja nie :) Dowiedziałam się tego w Kanazawie, w niepozornym muzeum, poświęconym Daisetsu Teitaro Suzuki (zwanym też Daisetz). Żył w latach 1870-1966, napisał wiele książek o zen i jego wpływie na życie codzienne (przełożonych także na język polski, m.in. Wprowadzenie do buddyzmu zen, Zen i kultura japońska) i jest uznawany za najważniejszego propagatora tej filozofii w zachodnim świecie.
Kanazawa, D.T. Suzuki MuseumMuzeum w Kanazawie, mieście w którym się urodził, jest jednym z najbardziej „magicznych”, jakie przyszło mi odwiedzić. Oprócz możliwości poznania sylwetki Daisetza, jego idei i osiągnięć, w tych murach można po prostu poczuć ducha zen. Dzieje się tak po pierwsze za sprawą architektonicznej prostoty obiektu, jego wystroju i otoczenia. Składa się on z trzech niewielkich budynków połączonych długimi korytarzami, które otoczone są przez harmonijny ogród i staw.
Kanazawa, D.T. Suzuki MuseumTo miejsce przepełnione spokojem, dające uczucie duchowego ładu. Wynika to również z samego konceptu muzeum, które przemierzamy zapoznając się z kluczowymi przekazami mędrca (po drodze gromadzimy kolejne karty w pięknej teczce, którą dostajemy przy wejściu), po to by w finale spędzić kilka chwil w sali kontemplacji – zatrzymać się i oddać refleksji nad tym, czemu Daisetz poświęcił swoje długie życie. Całość skąpana w deszczu (który w Kanazawie podobno pada zawsze) i aurze najpiękniejszych jesiennych kolorów rzeczywiście zaszczepiła we mnie cząstkę zen. Takie muzea to ja rozumiem i polecam z całego zachodniego serca :)
Kanazawa, D.T. Suzuki MuseumKanazawa, D.T. Suzuki Museum Kanazawa, D.T. Suzuki MuseumKanazawa, D.T. Suzuki Museum Kanazawa, D.T. Suzuki MuseumKanazawa, D.T. Suzuki Museum Kanazawa, D.T. Suzuki Museum Kanazawa, D.T. Suzuki Museum*w większości pomieszczeń nie można było robić zdjęć
**więcej informacji na stronie muzeum tutaj

Aotearoa - land of the long white cloud

My new life in New Zealand

Japonia - Michiru Blog

Japonia pełną chochlą!

W krainie tajfunów

Blog o Azji Wschodniej... i nie tylko

stegierski.com

Japonia pełną chochlą!

PIOTR BERNARDYN

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

COOKING WITH JAPANESE GREEN TEA

Japonia pełną chochlą!

ポーランド観光

ポーランド観光, お菓子、料理のブログ

Japonia na co dzień

Japonia pełną chochlą!

Bento Boxy

Japonia pełną chochlą!

W poszukiwaniu Komachi

A great WordPress.com site

kocham bento

Japonia pełną chochlą!

Japonia pełną chochlą!

Japońskie inspiracje

Japonia pełną chochlą!

Bento po polsku

Japonia pełną chochlą!

Upajam się Japonią

Japonia pełną chochlą!

Just Sushi

Japonia pełną chochlą!

Japan Blog - Tokyo Osaka Nagoya Kyoto

Japonia pełną chochlą!

Z uśmiechem przez Japonię

Japonia pełną chochlą!

%d blogerów lubi to: